Mit smoleńskiego ludu. Narcystyczne fantazje elit

„Sekta”, „religia”, „lud smoleński”, „wyznawcy Macierewicza”… Już się cieszycie na świetną lekturę? To wstrzymajcie konie. Bo to nie o nich będzie ten tekst. O nich mówiliśmy już dość. Pora wreszcie poważnie porozmawiać o nas.

Nie będę po raz kolejny pisał o teoriach spiskowych ani o ewolucji pamięci o Smoleńsku w przestrzeni publicznej. Nie będę się też wyzłośliwiał na temat filmu Smoleńsk ani donosił o odkryciach ekspertów z komisji Macierewicza. Pisałem i mówiłem już o tym wiele razy. Nadal uważam, że na pokładzie nie było bomby, a film Krauzego jest straszliwie słaby. Ale od pisania w kółko tych samych tekstów teorie spiskowe nie znikną, a Beata Fido nie zacznie grać lepiej.

Większość tekstów o „mitologii smoleńskiej” zamienia się po kilku akapitach w coś między kopaniem leżącego a narcystyczną fantazją erotyczną. Nie służą zmienianiu świata ani nawet próbie zrozumienia go. Zaspakajają jedynie potrzebę wspólnoty, utrwalając wygodne społeczne podziały.

Narcystyczne fantazje elit

Większość tekstów o „mitologii smoleńskiej” zamienia się po kilku akapitach w coś między kopaniem leżącego a narcystyczną fantazją erotyczną. Nie służą zmienianiu świata ani nawet próbie zrozumienia go. Zaspakajają jedynie potrzebę wspólnoty, utrwalając wygodne społeczne podziały. Bo łatwo i przyjemnie jest komentować absurdalne pomysły, których nie podzielamy, opisywać wybuchające parówki, wspólnie śmiać się z pułapek helowych, gorszyć ekshumacjami… Miło zadziwić się, jak ktoś może wierzyć w coś podobnego, oburzyć się na głupotę, manipulację, brzydotę i zawłaszczanie publicznej przestrzeni. Nietrudno też wymyślić całą listę tego, co „oni” powinni wreszcie zrobić. Zmądrzeć, wypięknieć, pogodzić się z losem, wziąć sprawy we własne ręce…

Może pora zastanowić się wreszcie, co z tego wynika dla nas. Tych, którzy w zamach nie wierzą. Co mit smoleńskiego ludu mówi nam o nas samych, którzy definiujemy się przez opozycję do niego?

To, że siła smoleńskiej katastrofy wciąż pozostaje tak wielka w naszym społeczeństwie, wynika z wielu czynników. Nie wszystkie łatwo wskazać, na wiele z nich zapewne nie mamy bezpośredniego wpływu. Z całą pewnością istotnym paliwem tej mitologii jest jednak pogarda, której na każdym kroku doświadczają ci opisywani pobłażliwie jako „lud smoleński”, „wyznawcy smoleńskiej religii” czy „sekta Macierewicza”. Tutaj akurat sporo dałoby się zrobić. I wiele zależy nie od nich, lecz od nas.

Bo dla przyszłości Polski kluczowa może się okazać wcale nie jakaś „religia smoleńska” – poglądy tych, którzy wierzą w zamach, spisek, parówki – lecz właśnie „mit smoleńskiego ludu”. To znacznie gorzej opisany i poznany system wierzeń na temat tego, jak myśli i w co wierzy „ciemny lud”.

Za mało posypki

Opowieść o „micie smoleńskiego ludu” warto zacząć od niedawnego tekstu, który na pozór do katastrofy smoleńskiej i jej skutków odnosi się jedynie pobieżnie. Chodzi o komentowany szeroko artykuł Stanisława Skarżyńskiego dla „Gazety Wyborczej” pt. My, milczący kibice Prawa i Sprawiedliwości.

Tekst ten stanowi modelowy wręcz zapis choroby, którą chciałbym tu zdiagnozować. To współczesna wersja opowieści o dzikich, ludożercach czy tkwiących w zabobonie chłopach, a zarazem fantazja o elitach, które są zbyt dobre i mądre, by docenił je ciemny lud zainteresowany tylko bieżącą konsumpcją. W artykule Skarżyńskiego czytamy m.in.:

Dopiero Donald Tusk, wyjeżdżając do Brukseli, zdobył się na to, żeby pokazać temu narodowi gest Kozakiewicza. I nic dziwnego: po siedmiu latach użerania się z Kaczyńskim w Sejmie i Gowinem wewnątrz partii, po słuchaniu o tym, że ma krew ofiar katastrofy smoleńskiej na rękach, po tym jak miał po kretyńskiej histerii wywołanej przez „Wprost” wyrzucać z rządu najlepiej wykształconych, niezastąpionych właściwie ministrów, takich jak Radosław Sikorski i Bartłomiej Sienkiewicz, w końcu powiedział „dość”.

Nasz świat według Skarżyńskiego (i wielu innych publicystów) wygląda tak, że „elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki”.

Granica dzieląca elity i masy jest tu przyjmowana jako coś zupełnie oczywistego. (Jak rozumiem, sam autor i zamierzony „czytelnik modelowy” sami siebie zaliczają do tej pierwszej grupy.) Elity łączą w sobie platońską trójcę prawdy, piękna i dobra, są jednak coraz bardziej zmęczone „użeraniem się” z ludem – przekupnym, podatnym na histerię, a przede wszystkim pałającym nienawiścią do elit, której wyrazem jest „religia smoleńska”. Nasz świat według Skarżyńskiego (i wielu innych publicystów) wygląda tak, że „elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki”.

Takie wyobrażenie „smoleńskiego ludu” – niezależnie od tego, czy jego poszczególne elementy są prawdziwe, przesadzone czy zupełnie fałszywe – jest przede wszystkim kluczowym składnikiem wyższościowej mitologii współczesnych polskich „elit”. W parówkowych teoriach spiskowych i „zaciętych twarzach” obrońców krzyża znajdujemy natychmiastowe potwierdzenie własnej wyższości intelektualnej i kulturalnej. Opowiadając wieczorami przerażające historie o Macierewiczu i Sakiewiczu tworzymy sobie dzikiego, ludożercę, szaleńca, którym można straszyć niegrzeczne dzieci.

Najciekawsze jest jednak to, że jeżeli zestawimy ten system wyobrażeń z krytykowaną tak chętnie „mitologią smoleńską”, z łatwością zauważymy, że jest to pod wieloma względami jej dokładna kopia! Świat wyobrażeń równie co ona oderwany od rzeczywistości i w tym samym stopniu oparty na pogardzie, wykluczeniu i plemiennej solidarności.

Jak to się stało, że tego rodzaju język zdominował nasze dyskusje o Smoleńsku? W jaki sposób wytworzyliśmy tego rodzaju mit? Czy ulegał on zmianom z biegiem lat dzielących nas od tragicznego kwietniowego poranka?

Krótka historia mitu

W przypadku „mitu smoleńskiego ludu” kamieniami milowymi są bez wątpienia kolejne wywiady prof. Zbigniewa Mikołejki. Już rok po katastrofie wybitny filozof religii demaskował plan Jarosława Kaczyńskiego, który próbuje „przekształcić to, co polityczne, w to, co religijne”1. Pierwotnie kluczowe dla koncepcji „religii smoleńskiej” było więc poczucie manipulacji, której grupa polityków cynicznie dokonuje na „ludzie”.

Jednak manipulacja ta była możliwa dlatego, że reguły „religii smoleńskiej” doskonale odpowiadają naturalnym predyspozycjom znacznej części społeczeństwa. Wynika to według Mikołejki z chłopskiego dziedzictwa, we współczesnej Polsce połączone zostały bowiem bez niezbędnej debaty „dwa obce sobie światy, dwa narody”. Naród szlachecki (którego tradycją była walka o niepodległość) i ten drugi – „tradycja chłopa pańszczyźnianego, który był zwierzęciem przypisanym do ziemi, kimś stanowiącym czyjąś własność, żyjącym bez perspektyw i w ciasnej przestrzeni, bez doświadczenia społecznego, za to ze ślepą nienawiścią w sercu.”

Na szczęście, jak twierdzi Mikołejko w roku 2011, lekiem na pańszczyźniane traumy jest sukces. „Religia smoleńska” nie ma szans w zderzeniu z postępem, europeizacją i dobrym smakiem:

Jeśli Polska nie dozna jakiejś traumy ekonomicznej, kryzysu, załamania się porządku liberalno-demokratycznego, dojdzie do marginalizacji Kaczyńskiego i jego formacji. Coraz bowiem więcej osób zacznie korzystać z dobrodziejstw gospodarki, wolnego rynku, coraz więcej będzie młodych wykształconych ludzi. I coraz mniej tych odtrąconych. […] A poza tym, jak mówi ulubiony poeta Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniew Herbert, jest jeszcze „sprawa smaku”. Polityka zatem przebrana w szaty tandetnej wiary to kicz religijno-polityczny. Tandetę wprawdzie każdy może kupić, pod warunkiem jednak, że jest ubogi duchem.

Tak zbudowaną koncepcję „religii smoleńskiej” Zbigniew Mikołejko rozwija konsekwentnie w kolejnym ważnym wywiadzie, jakiego w roku 2013 udzielił Justynie Bakalarskiej2. Po trzech latach od katastrofy jest już zupełnie oczywiste, że u źródeł nowego, heretyckiego wyznania leży dojmujące poczucie klęski, które w połączeniu z myśleniem spiskowym rodzi uczucie nienawiści skierowane przeciw potężnemu, lecz nieuchwytnemu przeciwnikowi:

Są to często ludzie słabo wykształceni i ubodzy. I osoby, które mają poczucie klęski – połączone z poczuciem wybraństwa: bo to ich prezydent zginął, bo to ich tragedia opatrzona znakiem męczeństwa. I dochodzi jeszcze tłumaczenie tego zjawiska w kategoriach teorii spiskowej. Ludzie, którzy ją wyznają, nie są w stanie z rozmaitych powodów – emocjonalnych, ale również intelektualnych – zrozumieć tak strasznej katastrofy. Dlatego są bardzo podatni na teorie spiskowe, bo one im wszystko w łatwy sposób tłumaczą. Był spisek i już. To jest najważniejsza odpowiedź, a reszta to tylko technika, którą można dostosować do tej wiary. A jeszcze na nią nakłada się wiara w istnienie ciemnych sił, które się sprzysięgły przeciwko światłu.

Uważam tę diagnozę za interesującą i wartościową. Sam – podążając za rozpoznaniem Mikołejki – chętnie dostrzegam w smoleńskich miesięcznicach elementy rytualne. Problem polega jednak na tym, że to tylko metafora, model, który ma nam ułatwić opis pewnych zjawisk. W momencie, w którym tego rodzaju porównanie zaczyna nam zasłaniać rzeczywistość, padamy ofiarą własnego mitu i stajemy się niezdolni do dostrzeżenia czegokolwiek, poza z góry powziętymi założeniami.

A tych jest w „źródłowej” wypowiedzi Mikołejki sporo. Spójrzmy tylko, jak blisko jego wizji „religii smoleńskiej” do „posypkowej teorii świata”, w której leniwy i głupi lud zamiast wziąć sprawy we własne ręce i założyć firmę, kieruje swoją agresję przeciw tym, którym powodzi się lepiej. Znów dostajemy więc wizję „dzikiego”, który zamiast rozumem kieruje się emocjami, a w dodatku ma (wrodzone?) skłonności do ulegania dyktaturze:

A skoro nie powodzi im się tak, jak by chcieli, to zrzucają winę na wroga. Nie chcą przy tym zadbać nierzadko o swój własny los. I potrzebują silnego wodza, przywódcy, człowieka, który ze wszystkim „zrobi porządek”, dzięki któremu pozbędą się własnych lęków. Nie ma w tym żadnej trzeźwości, tylko emocje – strach popychający do autorytaryzmu, agresji i dziwnych wierzeń albo mitów.

Kraina bezrozumu

Kluczowym komponentem mitu „religii smoleńskiej” jest przypisywanie jej wyznawcom zupełnej irracjonalności. Czciciele „smoleńskiej religii” nie nadają się na partnerów do dyskusji, gdyż przebywają poza światem rozumu. Dowodem na to mają być wyznawane przez nich teorie spiskowe. Dlatego właśnie na łamach „Gazety Wyborczej” i „Wprost” wciąż jeszcze słychać dźwięk wybuchających parówek, lata po tym, jak naprawdę wierzący w spiski zdążyli już o nich zapomnieć.

Teorie spiskowe bywają niesamowicie głupie. Bywają też śmieszne. Nie powinniśmy jednak lekceważyć ich, ani poprzestawać na wyszydzaniu (choć czasem jest ono skuteczną strategią!). Powinniśmy je rozumieć i poznawać. A przede wszystkim śledzić rzeczywiste teorie spiskowe, a nie nasze własne fantazje zbudowane na podstawie tego, co ktoś nieopatrznie rzucił cztery lata temu na konferencji. Bo teorie spiskowe – mimo całego absurdu – obnażają rzeczywiste słabości współczesnej nauki i polityki.

W miarę postępu specjalizacji, naukowcy mają coraz większy problem z komunikowaniem swoich osiągnięć. Rosnący poziom wykształcenia społeczeństwa sprawia, paradoksalnie, że ludzie zapoznani z podstawami fizyki, chemii czy historii stają się bardziej podatni na bajania antyszczepionkowców, teoretyków płaskiej Ziemi czy tropicieli prastarego Imperium Lechitów. Do tej samej grupy zjawisk zaliczyć można teorie spiskowe na całym świecie otaczające dramatyczne katastrofy, kataklizmy i gwałtowne wydarzenia polityczne.

Problem polega na tym, że budowanie w oparciu o tego rodzaju zjawiska spolaryzowanej wizji irracjonalnych mas i racjonalnych elit jest absurdalne. Pułapki irracjonalności dotyczą nas wszystkich. Nie ma dziś przedstawicieli „elit”, którzy znaliby się na wszystkim. Każdy z nas, gdy tylko przekroczy wąskie granice własnej specjalizacji, staje się podatny na manipulację, szarlatanerię, pseudonaukę, nawet na myślenie spiskowe…

Jeżeli w naukę i edukację, zwłaszcza w obszarach szczególnie newralgicznych, nie wprowadzimy mechanizmów zabezpieczających – również w jakiś sposób opartych na szacunku czy przynajmniej uwzględnieniu potrzeby społecznej przynależności – to nauka poniesie porażkę. Ludzie nie będą chcieli korzystać ze szczepionek, walczyć z globalnym ociepleniem ani wierzyć w wyjaśnienia zamachów podawane przez oficjalne komisje, jeżeli będą mieli poczucie, że przychodzą one z wrogiego im świata otoczonego murem pogardy i poczucia wyższości.

W tym kontekście jako badacz teorii spiskowych mam jeszcze jedną smutną wiadomość. Pod wieloma względami „mit smoleńskiego ludu” sam jest teorią spiskową. Zwalnia nas z myślenia, planowania, zastępując je prostymi podziałami na dobro i zło. PiS przedstawiony tu zostaje jako potężna, mroczna sieć. Dyktatura, matrix, układ, który trzeba pokonać za wszelką cenę. Dlatego opozycja nie musi mieć żadnego programu pozytywnego. Może spokojnie odrzucić jakiekolwiek idee i zjednoczyć się pod sztandarem anty-PiSu. Wszak do czynienia mamy z walką dobra i zła, światła i ciemności… Zaraz, zaraz… czy to nie dokładnie te same kategorie myślenia, które prof. Mikołejko przypisywał „religii smoleńskiej”?

Co będzie dalej?

Im bardziej egzotyzujemy i antagonizujemy „lud smoleński”, tym łatwiej ci, których w ten sposób pogardliwie etykietujemy, postrzegają nas jako „zaprzańców”, „targowiczan” czy przynajmniej „pożytecznych idiotów”. W ten sposób dwie społeczne mitologie napędzają się wzajemnie.

Trudno mi dotrzeć do tych, którzy wierzą w zamach. Nie potrafię wpłynąć na ich poglądy, pokazać logicznych błędów, uproszczeń, stereotypowości myślenia. Jeżeli nawet jakimś cudem przebiję się do ich bańki informacyjnej, moje argumenty otoczone zostaną ochronnym kokonem uprzedzeń. Dlatego w tym roku zająłem się „naszymi” mitami. A mitologia „smoleńskiego ludu”, „rozwydrzonych dzieci, które chcą więcej posypki” pod wieloma względami okazała się równie wdzięcznym przedmiotem badań…

Może już pora, żeby raz na zawsze przeszedł do historii model, w którym przyzwalamy na tego rodzaju mitologie w debacie publicznej? Przecież ten język, ta protekcjonalność i skryta za metaforami megalomania są równie śmieszne, jak wybuchowe parówki!


1Polacy nie potrafią się pogodzić, bo są wspólnotą tylko od święta, „Dziennik Zachodni”, 24 kwietnia 2011 [http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/395674,polacy-nie-potrafia-sie-pogodzic-bo-sa-wspolnota-tylko-od-swieta,1,id,t,sa.html]

2Prof. Zbigniew Mikołejko: „Religia smoleńska” to religia kryzysu i przegranych, „Polska”, 29 sierpnia 2013

Czytaj dalej

Sporo komentarzy

    • Grant Wood – American Gothic proszę sobie wpisać w google i zobaczy Pan, że okładka Foreign Affairs Ameryki nie odkryła.

      • Miałem raczej na myśli użycie tego samego motywu w identycznym kontekście. Tj. zilustrowanie „polskiego prostego ludu” w ten sam sposób,w jaki 2 miesiące wcześniej FA zilustrował „prostych wyborców Trump’a”

  1. Znakomity wpis – zresztą werbalizacja spostrzeżeń, które od jakiegoś czasu krążyły mi po głowie…

  2. Zgadzam się z Autorem.

    Uważam przy tym, że w tle „gier smoleńskich” mamy większą sprawę – laicyzację. Kryzys chrześcijaństwa jest niezwykle ciekawym zjawiskiem w tym kontekście. Klimat duchowy sprzyjający pseudonauce, spiskom i uproszczeniom pomaga również religii, ale inne prądy obecne w kulturze rozkładają ją bardzo intensywnie. Znając życie, to, co wyrośnie na glebie postchrześcijańskiej sprawi niekiedy, że zatęsknimy za leniwym diabłem polskiego katolicyzmu;)

    Wielkim wyzwaniem dla Polaków będzie znalezienie sposobu na narodową pamięć i tożsamość w świecie, gdzie trudno będzie już uważać autora „Pamięci i tożsamości” za świętego namiestnika niewidzialnych sił.

    • Ale kto powiedział, że religia tradycyjna może nasycić potrzebę religijności i nie dopuścić „świeckich religii”? Ja raczej widzę, że ich połączenie ma się świetnie, a nawet że chyba osoby zeświecczone nieco rzadziej ulegają zaczadzeniom przez owe „świeckie religie”.

      • Zgoda. Chodziło mi o to, że upadek wiary katolickiej nie pociągnie za sobą automatycznie klęski irraconalności i „świeckich religii”. Co więcej, czasem po rozpadzie światopoglądu katolickiego ludzie nie starają się o nic na to miejsce, bezkrytycznie, osmotycznie wchłaniając co popadnie z otoczenia.

  3. Autor starannie krytykuje błędne jego zdaniem rozumienie „sekty smoleńskiej”. Jednak nie proponuje nic w zamian. Jaki opis tego zjawiska jego zdaniem będzie precyzyjniejszy? Chętnie się dowiem i ocenię czy ma rację.

    Przyznam, że moje widzenie jest podobne krytykowanemu.
    Moim zdaniem zwolennicy „zamachu” to ludzie z kompleksami, którym zamach pasuje, bo pozwala dosrać tym, wobec których kompleksy mają. Szczegóły nie mają większego znaczenia – liczy się redystrybucja godności, która w naszych warunkach przybrała formę „sami godności nie mamy, więc obsrajmy autorytety”.

    Nie mam ambicji politycznych, więc nie mam powodu, żeby do tej tępej tłuszczy mówić jakoś miło. Ale zgadzam się, że politycy powinni znaleźć na to sposób – choć nie zazdroszczę zadania.

    • Jako człowiek, który ambicje polityczne jakieś ma mogę odpowiedzieć, że rzeczywiście wygląda to na problem redystrybucji godności, tylko ta godność była skutecznie przez ostatnie ćwierćwiecze im odbierana przez elity właśnie. Wmuszono w nich internalizację porażek spowodowanych agresywną transformacją powtarzając, że oni sami są winni, że nie mogą znaleźć pracy po tym, jak zamknięto wszystkie szwalnie w okolicy, zakłady lniarskie, etc. Na każdym kroku powtarzano, że są biedni, bo są leniwi i głupi. Ta frustracja musiała gdzieś wyjść. Autorytety robiły absolutnie wszystko, by ukryć powody systemowego rozjazdu klas w Polsce, więc nic dziwnego, że to przeciw nim obróciła się nienawiść.
      Powinniśmy byli się zorientować, że coś jest nie tak jakąś dekadę temu, gdy tryumfy święciła Samoobrona. Ale nikt, przynajmniej w głównym nurcie mediów, wtedy nie pochylił się nad powodami ich popularności. Było za to dużo paniki moralnej, że oto warchoł dostał się do Sejmu i burzy nasz święty porządek.

      • Bardzo mądry komentarz, dziękuję.
        Dodałbym jeszcze tych, którzy z różnych powodów „odpadli” od transformacji, dlatego, że wkrótce i my znajdziemy się w tej samej sytuacji. Tzn. przewiduję, że większość z nas pożre rewolucja AI, i ciekawie będzie wtedy przeanalizować ewolucję postaw obecnej elity (i innych „zwykłych ludzi” 😉 )

  4. Mam nadzieję, że dożyję czasów w których Mitologia Współczesna będzie programem autorskim w telewizji publicznej w dobrym czasie oglądalności (o ile autor podjąłby się takiego wyzwania 😉 ). Bez względu na „właściciela”, czyli barwy rządzącego ugrupowania. Bardzo dobry wpis i dobrze że wielowątkowy. Będzie można się do niego często odwoływać.

    Skojarzyło mi się po przeczytaniu, z wpisem Jarosława Górskiego na Facebooku. To co reprezentuje Skarżyński i Mikołejko a z nimi wielu, którzy poczuwają się do bycia „elitą” to taka forma zbiorowego Hybris. I właśnie tego zjawiska, choć innych osób dotyczył post Jarka. Jego wpis jest publiczny, pozwolę sobie więc kawałek zacytować:

    „Hybris to jednocześnie szał, który spada na słabych, którzy z jakiegoś powodu poczuli się silni, i kara – często straszliwa, ślepa, niszcząca nie tylko opętanego szałem, ale i wszystko to, co znajduje się wokół niego, choćby i było niewinne. Potworna pycha, która sprawia, że ludzie, którym zaczęło się powodzić, którzy poczuli swoją władzę nad innymi, zapominają, że są tylko ludźmi, śmiertelnymi i kruchymi, że bogami nie są i nigdy nie będą”.

    Warto doczytać całość, bo to równie smutna i prawdziwa analiza, w dodatku pięknie napisana:
    https://www.facebook.com/jarek.gorski/posts/10155178081698674

    • Czytam ten wpis Górskiego (zastrzegam, że nie znam poglądów tego pana), i z tego, co rozumiem, dokładnie wpisuje się on w ten sam dyskurs, jaki jest prezentowany przez Mikołejko i Skarżyńskiego. Hybris to szał, który rzekomo opętał ciemny lud. Gdzie tu paralela z opinią Napiórkowskiego?

  5. Przyznaję, znalazłem się tu przypadkowo. Raz, bo pewnie już nie wrócę. Powiem wprost, ten sposób pisania nic nie kosztuje. Oprócz mało interesującej identyfikacji z określonym środowiskiem, powtarzaniem banałów o stereotypizacji przeciwnika, proszę spróbować napisać coś, coś od siebie, wypiąć się z tej smyczy środowiskowych identyfikacji. Jaka elita? Jaki lud? Wyższość/niższość? Słusznie, to bzdury, ale też znowu, nic odkrywczego. Jeśli chce Pan wyjść poza ten paradygmat proszę spróbować zmierzyć się ze swoją słabością, do której się Pan sam przyznaje.
    Proszę przekonać mnie, że to nie był zamach (uprzedzam, nie wiem czy był, ale nie wykluczam takiej wersji zdarzeń). Proszę spróbować obronić wersję z brzozą, która zrywa skrzydło, na skutek czego 50 tonowy samolot z prędkością ponad 230 km/h obraca się i rozpada na 60 tys części nie pozostawiając leju w zderzeniu z gruntem.
    Jeśli nie ma Pan uprzedzeń do drugiej strony proszę wysłuchać Biniendy. i jeszcze raz wrócić do swojego tekstu o Panach i Chamach.

    • Może ja się wypowiem. Spędziłem ze dwa miesiące rzetelnej pracy nad analizą wszelkich dostępnych źródeł, i tym sposobem wyrobiłem sobie własne zdanie na temat przyczyn katastrofy. Moim zdaniem w naszym „postprawdowym” świecie nie ma innej drogi; niestety niezależność myślenia jest bardzo kosztowna.
      Odpowiadając krótko, nie widziałem jeszcze dotąd żadnego przekonującego dowodu na zamach, a wersja komisji Millera jest dla mnie spójna i niebudząca zastrzeżeń.

  6. Mądry artykuł. Jedyne zastrzeżenie jakie bym miał to to, że jeśli podejdzie się do „wyznawców religii smoleńskiej” z franciszkańską dobrocią i empatią, zostałoby to tylko wykorzystane jako słabość i z jeszcze większym animuszem przystąpiliby do zmasakrowania przeciwników. Tak jak było z komisją Millera: tłumaczyli cierpliwie i racjonalnie, nie dawali się wciągać w oparte na chwytliwych fantasmagoriach polityczne prowokacje zwolenników Macierewicza, i w ten sposób niejako bez walki oddali im pole, czego potem sami żałowali. Dla sprawiedliwości dodam, że działa to też w drugą stronę: gdyby ludzie mający jakiekolwiek wątpliwości wobec wersji rosyjskiej i rządowej wykazali się podobną franciszkańską otwartością, zostaliby zalani po uszy jedynie słusznym przekazem i nawet ośmieszona teza p. Kopacz o badaniu ziemi w głąb centymetr po centymetrze albo problemy z pomieszaniem zwłok mogły by ujść zupełnie bez echa. Bottom line tego co chcę powiedzieć jest taki – i jest to teza o charakterze ogólniejszym, nie dotycząca tylko katastrofy smoleńskiej – że ludzie żyją we wzajemnym klinczu, że walcząc ze sobą (obojętnie, czy o terytoria, czy o idee) używają wszelkich dostępnych środków, również tych nierzetelnych czy nawet zbrodniczych, bo wiedzą, że jeśli to oni uniosą się duchem moralnym i od nich odstąpią, to druga strona to bezwzględnie wykorzysta na swoją korzyść traktując to jako słabość, a historię jak wiadomo piszą zwycięzcy. Dziękuję tym wszystkim którzy mieli cierpliwość doczytać do końca i polecam namysł nad tym czy moje pesymistyczne wizje ludzkiej natury mimo wszystko nie zawierają choć ziarna gorzkiej prawdy.

    • Twierdzisz, że spędziłeś dwa miesiące nad analizą wszelkich dostępnych informacji by dojść do wniosku, że wersja Millera jest spójna i niebudząca zastrzeżeń. Ja spędziłem kilka miesięcy by dojść do wniosku, że uwłacza ona mojemu rozumowi. Ok. niech będzie, że mój rozumek jest mały i ciasny. Więcej, sadzę, że sposób ustalania oficjalnej wersji zdarzeń uwłacza powadze tematu i potrzebie dochodzenia do prawdy.
      Zajmę się samą brzozą. Uwaga ogólna: co robili eksperci Klicha/Millera na miejscu katastrofy oprócz wykonania oględzin? Z późniejszych czynności prokuratury można sądzić, że jedynie zdjęcia.
      Drzewo zostało złamane na wys 5,1 m. Skąd to wiemy? Z raportu Anodiny. Czy Komisja Millera mierzyła drzewo? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że po dwóch latach zmierzyli prokuratorzy. Wyszło im, że do złamania doszło na wys. ponad 7 m. Coś jednak musiało pójść nie tak, bo zmierzyli ponownie. Wyszło 666 cm. Uff, wiemy. Sukces po 3 latach.
      Jeśli w brzozę uderzył samolot lewym skrzydłem to w drzewie powinny znajdować się odłamki skrzydła a w skrzydle odłamki drzewa. Logiczne. To gdzie badania? Nie ma. Nikt tego nie sprawdził? Odłamki w drzewie są na zdjęciu z 11 kwietnia. Ale na zdjęciach z 13 już nie. Prokuratura Wojskowa zapewnia, że badała drzewo i skrzydło. Kiedy? Na pewno w grudniu 2011 r. Pokażcie wyniki – apeluje prof. Czachor w styczniu 2012 r. Nic z tego. Tajne. Na pomysł ponownego (?) zbadania odłamków wpada prokuratura popychana bez przerwy przez zespół Macierewicza i pełnomocników części rodzin po 3 latach od katastrofy. Znaleziono w pniu 40 fragmentów, ale do analizy biegłym przekazano tylko 12. Dlaczego? Bo tak zdecydowała Moskwa, gospodarz śledztwa. Teraz wyniki z 2014 r. Na konferencji płk Szeląg stwierdził, że drzewo zostało rozdzielone przez płaski przedmiot przemieszczający się od góry do dołu. Przypomnę, że w oficjalnej wersji samolot przed brzozą miał się wznosić. Jeśli więc zawadził skrzydłem to powinien przeciąć brzozę odwrotnie z dołu do góry.
      Ponadto 3 kawałki „najprawdopodobniej pochodzą z elementów konstrukcyjnych skrzydła samolotu TU 154M nr 101”, zaś „co do kolejnych siedmiu fragmentów metali biegli nie mogą wykluczyć, że mogą pochodzić z tego samolotu”. SUPER. Z wydobytych 40 odłamków dostaliśmy 12, zbadaliśmy 10 z czego 3 najprawdopodobniej pochodzą ze skrzydła. Imponująca precyzja po 4 latach. NAJPRAWDOPODOBNIEJ.
      No a co z drugą stroną. Czy w skrzydle znaleziono kawałki słynnej brzozy? To chyba można stwierdzić ze 100% pewnością. Czy samolot zawadził skrzydłem o to a nie inne drzewo wystarczy porównać DNA. Nic z tego, nikt nie wie gdzie wyniki badań. Może utajnione, może ich nie było albo wszyscy zapomnieli już o urwanym skrzydle.
      Idźmy dalej. W skrzydłach samolotu znajdują się zbiorniki paliwa. Czy komisja Millera stwierdziła wyciek w okolicy brzozy? Po wyrwaniu 6 metrowego fragmentu i półobrocie samolotu w lewą stronę paliwo powinno lać się strumieniami. Ktoś coś wie? Ktoś to badał? Ja nie słyszałem.
      I wreszcie kluczowa sprawa związana z brzozą. Czy drzewo o średnicy pnia 40 cm może rozerwać skrzydło 50 tonowej maszyny poruszającej się z prędkością 280 km/h obciążonej dodatkowo załogą, z pasażerami na pokładzie paliwem i bagażem, co w sumie daje grubo ponad 70 ton? Komisja Millera uznaje to za oczywistość. Na jakiej podstawie? Nie wiadomo. Czy były prowadzone badania w tej sprawie? Nie wiadomo. Jedyne badania w tym zakresie opublikował prof. Binienda. Wynika z nich, że to niemożliwe. Jeśli nawet w jakiś cudowny sposób skrzydło zostałoby trwale uszkodzone to jego urwana część powinna spaść w odległości kilkunastu metrów od przeszkody. Spadła 100 metrów dalej. Złamana część drzewa nie mogła przechylić się prostopadle do kierunku lotu bo nie ma takich sił działających w świecie fizycznym.
      Badania Biniendy były krytykowane, ale z zupełnie innych pozycji. Czachor wskazywał na wątpliwe dane wejściowe. Dlaczego? Bo dokumentacja techniczna Tupolewa jest niedostępna. Państwo nie udziela takich informacji. Brakuje więc precyzyjnych danych dotyczących budowy skrzydła, grubości dźwigarów itp. Czy to jest sen wariata? Ginie Prezydent, ginie ważna część elity władzy a badacze nie mogą dostać rysunku technicznego skrzydła?
      Binienda wielokrotnie apelował o debatę z drugą stroną. Do znudzenia powtarzał: porównajmy swoje wyniki, dyskutujmy na argumenty. Zero odzewu. O dyskusję merytoryczną prosił też prof. Kleiber, prezes PAN-u występując w roli mediatora. I co? Nic. Ekspert Lasek i zespół Millera nie będzie przecież zniżał się do poziomu dyskusji. To jest ten twój spójny przekaz niebudzący zastrzeżeń?
      Napisałem o brzozie, ale tak, moim zdaniem, wygląda całe śledztwo. Niemal każdy jego element, od procedur zabezpieczających BOR przez wybór procedury śledztwa, kolejne wersje odczytu kopii czarnych skrzynek, analizy chemicznej powłoki samolotu, badania wrakowiska, systemu TAWS, do badań patomorfologów i wykonywanych sekcji zwłok.
      I na koniec przypomnę dwa fakty: ujawnione w zeszłym roku słynne zdanie Millera wypowiedziane do członków komisji
      „Albo zadbamy o jednolity przekaz, który nie sprzyja budowaniu mitów i podejrzeń, albo sami sobie ukręcimy bicz na własne plecy”.
      Co właściwie znaczy to zdanie? Czy przekaz ma być spójny z wersją rosyjską, czy spójny z ustaleniami Prokuratury Wojskowej? I dlaczego celem komisji ma być jednolity przekaz? Dlaczego nie powiedział tego, co powinien: Panowie, przed wami prawdopodobnie najważniejsze zadanie w waszym życiu. Szukamy prawdy. Za wszelką cenę.
      Drugi fakt z tego roku, mówi o tym, komu moje Państwo (tak moje, choć mógłbym napisać państwo Tuska) oddało śledztwo.
      W wyniku otwarci jednej z trumien odnaleziono dwie głowy, trzy nogi i cztery miednice.
      Dziękuję za uwagę. Proszę nie przeszkadzać sobie w dalszym głębokim namyśle nad mitem ludu smoleńskiego tudzież jego religią. To z pewnością ubogaca. Hej.

        • I tu jest właśnie sens kreowania przez „elity” religii smoleńskiej, bo tej religii nie tworzy Macierewicz, lecz właśnie środowiska związane z GW, Newsweekiem etc. – każde pytanie, wątpliwość można wrzucić do wspólnego gara „religii smoleńskiej” i w ten sposób uchylić się od jakiejkolwiek odpowiedzi.

  7. Panie Marcinie, między „religią smoleńską” a „mitem ludu smoleńskiego” zachodzi jedna zasadnicza różnica: „religię smoleńską” można intersubiektywnie zweryfikować, badając przyczyny katastrofy. Natomiast „mit ludu smoleńskiego” jest nakierowany na tworzenie podziałów w społeczeństwie i niestety dowodzi, że tzw. „elita” jest znacznie mniej rozwinięta intelektualnie, niż to o sobie samej mniema. Gdyby bowiem „elita” posiadała odpowiednie umysłowe kompetencje, spełniłaby rolę faktycznej elity, czyli albo dążyła do pojednania w państwie, albo podjęła rzeczową dyskusję z kapłanami smoleńskiej religii. Jednak – jak się okazuje – nie jest w stanie tego uczynić, ba, jest na tyle słaba, że trzeba ją umacniać tanią propagandą, jakimś właśnie straszakiem w postaci „religii smoleńskiej”, który jako żywo przypomina straszenie np. Żydem albo pedałem.

  8. Dla mnie religia smoleńska to jeden z objawów szerszego zjawiska – o którym zresztą Pan pisał – czyli jakiejś wzbierającej fali niechęci do nauki/naukowców i wiary w teorie spiskowe. To z tego samego kotła co antyszczepionkowstwo, homeopatia, turbolechityzm i turbosłowiaństwo, kreacjonizm itd. itp. Jakaś dziwaczna wiara, że prawdę odkryją ludzie „nieskażeni szablonowym myśleniem” (czyli po prostu bez odpowiednich kwalifikacji). Paradoksalnie, członkowie tych ruchów wielbią osoby z naukowymi tytułami podzielające ich wizję świata – zazwyczaj oczywiście tytuły są z dziedzin mniej lub bardziej odległych od danego tematu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.