Pseudonauka. Po czym poznać, że wciskają ci kit?

scienceNauka jest trochę jak Świątynia Opatrzności albo polska autostrada. Pozostaje wiecznie rozgrzebanym placem budowy, która nigdy nie zostanie ukończona. Konieczność nieustannego rewidowania poglądów i przyznawania się do błędów wpisana jest w los uczonego. Pseudonaukowcy wszelkiej maści wykorzystują właśnie ten mechanizm. Są fałszywymi prorokami, powtarzającymi „rewolucja to my!”. Nie sposób rozpoznać ich, weryfikując poszczególne twierdzenia. Wszak nawet najlepiej wykształceni z nas nie są ekspertami od wszystkiego. Jedyna nadzieja w podejściu systemowym. Nie siłą, lecz sposobem.

Od kilku lat w ramach badań przeglądam setki koncepcji rodzących się na tzw. obrzeżach nauki. Mogą mi państwo uwierzyć na słowo – widziałem rzeczy, których żaden śmiertelnik nie powinien oglądać… Ponieważ nie znam się ani na fizyce, ani na genetyce, ani na klimatologii i w ogóle to na niczym poza semiotyką się nie znam, jedyne, co mogłem robić, to analizować strukturę poszczególnych koncepcji i poszukiwać powtarzalnych wzorów.

Chciałbym w tym miejscu podzielić się kilkoma sposobami, które wypracowałem dla szybkiego odróżniania, czy to, co widzę, to potencjalna naukowa rewolucja (czyli coś, co powinno zainteresować fizyków/genetyków/geologów), czy może mniej lub bardziej subtelna produkcja pseudonaukowa (a więc coś w sam raz dla mnie).

Pytam więc:

  1. Jak dany autor czy wypowiedź odnosi się do „tymczasowości” nauki?
  2. Jakie jest miejsce autora na naukowej mapie? (Kto do mnie mówi? Skąd przemawia?)
  3. Jak ustosunkowuje się do całego systemu nauki?
  4. Czy stara się uwzględnić pełne konsekwencje stawianych tez?
  5. Czy próbuje zrozumieć mechanizmy stojące za opisywanymi zjawiskami?

W polskim internecie jest już kilka interesujących i dobrze napisanych tekstów-instrukcji pozwalających na rozpoznanie pseudonauki. Np. ten autorstwa Huberta Talera albo ten z bloga Mity Nauki. Ale dorzucenie do arsenału kilku kolejnych laserów jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło (jak mawiali wodzowie starożytnego Imperium Lechitów).

1.

Nauka nigdy nie mówi ostatniego słowa
Pseudonauka twierdzi, że ktoś, kto nie wie na pewno, z pewnością się myli

W pamięci utkwił mi pewien sugestywny obraz słabości nauki. Oto wkrótce po ogłoszeniu trotylowych rewolucji ekspert od badania wypadków lotniczych wije się podpiekany na wolnym ogniu pytań dziennikarki, żądającej od niego deklaracji, że na wraku „na sto procent nie ma śladów materiałów wybuchowych”. „Nie znaleźliśmy żadnych śladów” – odpowiada. „Ale czy to znaczy, że NA PEWNO ich tam nie ma?” I tak dalej…

Oto największa słabość (i największa siła) nowoczesnej nauki. Jako naukowcy nigdy nie możemy dać stuprocentowej odpowiedzi. Fakt, że każdy łabędź, jakiego do tej pory zaobserwowaliśmy, był biały, nie znaczy, że za rogiem nie kryje się złośliwe czarne ptaszysko, czekające tylko, by wyskoczyć, kiedy ogłosimy uroczyście, że wszystkie łabędzie są białe. Dlatego na dobrą sprawę wszystkie twierdzenia nauki mają status roboczy, a sama nauka jest wiecznie rozgrzebanym placem budowy, która nigdy nie zostanie ukończona. Konieczność nieustannego rewidowania poglądów i przyznawania się do błędów wpisana jest w los uczonego.

W nauce nic nie jest na pewno i na zawsze. Czy potrafimy z całą pewnością, bez cienia wątpliwości udowodnić, że Ziemia jest kulą (ściślej: geoidą), organizmy powstały w drodze ewolucji, w Smoleńsku nie było zamachu, a szczepionki w globalnej skali przynoszą gigantyczne korzyści? Nie! Ale nie dlatego, że mamy wobec tego wątpliwości, tylko dlatego, że nauka po prostu tak nie działa. Mimo wszelkich różnic koledzy fizycy, biolodzy, inżynierowie i epidemiolodzy kierują się na najgłębszym poziomie tymi samymi zasadami: wybierają wyjaśnienia prostsze (brzytwa Ockhama), lepiej pasujące do całości naukowego obrazu świata, opisujące większą liczbę znanych faktów i tak dalej…

Ta słabość jest zarazem siłą, bo (jak pokazuje historia) nauka jest zawsze gotowa na rewolucję. Poszczególni naukowcy mogą nie być na nią przygotowani, pewne instytucje mogą bronić się przed prawdą naprawdę długo. Ostatecznie jednak rewolucje są nieuniknione.

Pseudonaukowcy wszelkiej maści wykorzystują właśnie ten mechanizm. Są fałszywymi prorokami, powtarzającymi „rewolucja to my!” „Bronicie się, bo nie jesteście gotowi, boicie się o swoje etaty, instytuty i granty. Ale idziemy po was!” Radiestezja, fale kosmosu, Wielka Lechia i Beata Pawlikowska – oni zawsze przedstawiają się jako kolejna z wielu rewolucji. „Najpierw nas wyśmiewają, potem zaprzeczają, wreszcie uznają to za oczywistość.” „Przecież zawsze powtarzaliście, że w nauce nic nie jest dane raz na zawsze.”

Otóż naukowcy mogą wielu rzeczy nie wiedzieć. Mogą nawet nie wiedzieć, że czegoś ważnego nie wiedzą (unknown unknowns). Ale nienaukowe fenomeny po prostu nie mogą stać się zarzewiem naukowej rewolucji. To trochę jak z Kartezjańskimi królestwami rzeczy rozciągłych i myślących. Materia oddziałuje z materią, myśl z myślą. Jak długo bym się nie napinał i nie wytężał, nie przesunę myślą kuli do kręgli.

Żeby wejść w świat nauki (na prawach innych niż ciekawostka badana przez dziwaków takich jak ja), nowy fakt (nowa teoria, nowa interpretacja) musi spełniać kilka elementarnych wymogów. Na przykład musi być wytworzony i możliwy do opisania w ramach systemu (określonego języka, narzędzi) i uwzględniać konsekwencje i mechanizmy opisywanych zjawisk.

2.

Nauka opiera się na coraz bardziej zaawansowanej specjalizacji

Pseudonauka głosi radykalną demokratyzację poznania

„Nie mówimy, że tak jest, nie podajemy gotowych rozwiązań, chcemy tylko, żeby każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie.” To mantra powtarzana nieustannie przez współczesnych pseudonaukowców

Kiedy napotykam kolejną rewelację (a coraz więcej przebija się ich także do mediów głównego nurtu), pytam zawsze: kto za tym stoi, gdzie o tym opowiada? Jakkolwiek ponętnie brzmią opowieści o genialnych odkryciach dokonywanych w komórce za stodołą i nowych Einsteinach rewolucjonizujących fizykę w przerwach nudnej pracy w urzędzie patentowym, nudna rzeczywistość jest taka, że przełomów w nauce dokonują zwykle naukowcy.

„Nie mówimy, że tak jest, nie podajemy gotowych rozwiązań, chcemy tylko, żeby każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie.” To mantra powtarzana nieustannie przez współczesnych pseudonaukowców, dziennikarzy zapraszających ich do telewizji, wydawnictwa publikujące ich dzieła i polityków wprowadzających pseudonaukowe idee do debaty publicznej i programów nauczania. Na pozór brzmi to jak świetny, uczciwy pomysł. Prawdziwe oddanie władzy w ręce ludu.

Niestety, są rzeczy, których po prostu nie da się robić całkowicie demokratycznie. Należy do nich między innymi nauka. Nawet w hipotetycznym społeczeństwie, w którym wszyscy byliby naukowcami (rety, ależ to by była piękna katastrofa!), każdy byłby wszak specjalistą w jednej, wąskiej dziedzinie.

Miło powspominać czasy Arystotelesa czy innych polihistorów, którzy stawiali milowe kroki w każdej dyscyplinie, jakiej by się nie dotknęli. Ale to było dawno. Dziś, ze względu na ograniczone możliwości rozwoju największego nawet geniusza i niezwykły stopień zaawansowania i szczegółowości poszczególnych dyscyplin, po prostu nie można w sposób sensowny „zabierać głosu” czy „mieć zdania” na każdy temat. Można powiedzieć, że współczesna nauka opiera się na układzie godnym Mefistofelesa – sprzedaliśmy otwartość i demokratyczny charakter w zamian za możliwość postępu powyżej pewnej granicy.

3.

Nauka opiera się na zaufaniu wpisanym w system instytucji kontrolnych

Pseudonauka opiera się na nieufności wobec systemu (i często na ślepym zaufaniu wobec guru)

Ponieważ w nauce wierzymy, że nie każdy może znać się na wszystkim, współczesna akademia opiera się nie tylko na wiedzy, lecz także na wierze i zaufaniu. Jako semiotyk nie mam zbyt wielu narzędzi weryfikacji, lecz wierzę, że moi koledzy pracujący na polu fizyki czy genetyki nie są kompletnymi hochsztaplerami. A jeżeli nawet trafiłby się jeden oszust – od tego są uniwersytety, komisje doktorskie i recenzowane czasopisma naukowe, żeby delikwenta złapać, obedrzeć ze skóry i przywiązać do pręgierza (w poszczególnych dyscyplinach szczegóły kar mogą się różnić – chodzi o zasadę). A gdyby nawet z oszustów składał się któryś uniwersytet, dane gremium czy rada czasopisma (może się zdarzyć) – urzędnicy, ministerstwa, kontrole i parametryzacje są od tego, żeby szajkę wytropić i zdemaskować (choć na co dzień może się wydawać, że zajmują się jedynie produkowaniem tabelek i utrudnianiem badaczom życia).

Można więc powiedzieć, że w ostatecznej instancji tropiciele spisków i zwolennicy nauk alternatywnych mają rację: choć współczesna nauka w mikroskali opiera się wiedzy (eksperymencie/ badaniach archiwalnych/obliczeniach) to w makroskali nie pozostaje nam nic więcej niż wiara.

Pseudonauka zastępuje tę wiarę – spiskiem. Dlatego, choć na pierwszy rzut oka nie zawsze rewolucje pseudonaukowe wiążą się z teoriami spiskowymi, do każdej idei stojącej w radykalnej sprzeczności z tezami współczesnej nauki trzeba ostatecznie dokleić spisek, żeby wyjaśnić, dlaczego naukowcy dane objawienie ignorują/przemilczają/zatajają/zwalczają. Czasem spisek pozostaje w danej teorii ukryty, kiedy z konieczności jego istnienia jako logicznego elementu całego wywodu nie zdają sobie sprawy sami głosiciele. Zwykle jednak dość szybko konspiracja ujawnia się w obliczu „ataków” na alternatywne prawdy.

Co interesujące, nieufności wobec systemowej nauki i jej autorytetów towarzyszy często ślepe zaufanie wobec wszystkiego, co zaproponuje pseudonaukowy guru. Kasza jaglana? Prastare słowiańskie kroniki? Spisek jaszczuroludzi? Zaufaj mi, jestem pseudonaukowcem!

4.

Nauka stara się zrozumieć i uwzględnić szerokie konsekwencje głoszonych tez

Pseudonauka nie uwzględnia konsekwencji

Zgodnie z przedstawionym wyżej mechanizmem przedstawiciele nauk alternatywnych np. zwolennicy płaskiej Ziemi, by obalić dowody przeczące swemu poglądowi, muszą obudowywać początkowe twierdzenie („Ziemia jest plaska”) coraz to nowymi zastrzeżeniami:

P: Jak to możliwe, że z kosmosu widać Ziemię jako kulę?

O: NASA jest częścią wielkiego spisku.

P: Co jest za Antarktydą (która na mapie płaskiej Ziemi ma kształt pierścienia otaczającego świat)?

O: Nie wiemy, bo tajne służby uniemożliwiają komukolwiek dotarcie tam.

I tak dalej. Ostatecznie świat zwolenników płaskiej Ziemi jest więc nie tylko dyskiem, lecz – przede wszystkim – totalitarnym reżimem utkanym z kłamstw i kontrolowanym przez niewiadomo kogo w niewiadomo jakim celu. Umówmy się: w takiej sytuacji zagadnienie kształtu świata powinno zejść na dalszy plan wobec znacznie poważniejszych pytań: kto, dlaczego i w jaki sposób rządzi całym tym bajzlem?! Skoro cały świat jest jednym wielkim matrixopodobnym więzieniem, to kogo obchodzą geometryczne detale? Tymczasem zwolennicy płaskiej ziemi żyją sobie jak gdyby nigdy nic, idą do pracy albo szkoły, kibicują ulubionej drużynie, a potem po prostu siadają przed ekranem i spierają się o kształt globu.

Nauka działa zupełnie inaczej. Kiedy ktoś wyciąga jedną cegiełkę – cały mur grozi zawaleniem. To odbija się w zachowaniu wszystkich obecnych na placu budowy. Robotnicy, inżynierowie, architekci i behapowcy rzucają się nagle w panice, żeby ratować sytuację. Tak właśnie, ujęte obrazowo, wyglądają prawdziwe rewolucje naukowe. Po rewelacjach Newtona czy Einsteina trzeba było przebudować całe dyscypliny, żeby dopasować je do nowych odkryć. Jasne – największym rewolucjom towarzyszą też fazy negacji i wyparcia! Kto z nas nie ma czasem ochoty zamknąć oczu na jakieś zjawisko i mieć nadzieję, że ono po prostu zniknie? Ostatecznie jednak wobec nowości nauka dokonuje panicznej przebudowy…

Bo poszczególne fakty, teorie, koncepcje, choć rozproszone na dziesiątki dziedzin i setki subdyscyplin, tworzą jednak jeden naukowy organizm. Pseudonaukowe teorie są w nim ciałami obcymi. Choć czerpią z naukowego języka, pojęć, czasem całych potężnych fragmentów naukowej logiki, to ostatecznie pozostają obce i niepowiązane z całością gmachu wiedzy.

5.

Nauka dąży do poznania mechanizmów tego, co się dzieje

Pseudonauka opisuje zjawiska i zależności bez wnikania w ich mechanizmy

Tam, gdzie nie ma choćby próby rozumienia, nie można mówić o nauce

Choć nauka (jako niedokończona budowa) zasadniczo nie wyklucza niczego, pewne rewelacja po prostu nie są naukowe. Weźmy astrologię. Problem z zależnością losów od znaków zodiaku nie polega na istnieniu lub nieistnieniu jednej jedynej korelacji. Gdyby w najbliższy wtorek badania potwierdziły, że „panny” istotnie, w sposób powtarzalny i mierzalny różnią się od „raków” czy innych „kurczaków”, to wszyscy fizycy i socjologowie świata musieliby natychmiast rzucić to, czym się aktualnie zajmują, żeby wyjaśnić mechanizm tej korelacji. Może gwiazdozbiory emitują jakieś nowe, nieznane dotychczas fale? Czy to siła zbiorowej sugestii? Czy jakaś substancja wpływa na ukształtowanie mózgu w zależności od pory roku urodzin?

Astrolodzy po prostu przyjmują, że tak jest, szukając potwierdzeń (czasem je znajdując) i próbując wykorzystać swoją wiedzę w praktyce.

Podobnie rzecz miewa się z homeopatią. Nigdy nie będziemy w stanie ostatecznie wykluczyć, że fenomen X powoduje skutek Y. Homeopaci twierdzą, że im bardziej rozcieńczona substancja, tym silniejsze jej działanie.

Mówimy: OK. Tyle, że w niektórych lekach substancja rozcieńczona jest tak bardzo, że nawet cząsteczka nie ma szansy znaleźć się w „leku”.

Homeopaci ripostują: odpowiada za to pamięć wody. Rozpuszczalnik zmienia swoje właściwości i przenosi informację o pierwotnie rozpuszczonej w nim substancji.

Mówimy: WOW! Jak działa ta pamięć wody? Skąd się bierze? Co jeszcze ciekawego można z nią zrobić? Ile to kosztuje i za ile można to sprzedać?

Homeopaci odpowiadają: Są rzeczy na niebie i ziemi… Nauka nie wszystko jeszcze poznała… Nie mówcie, że tak nie jest, bo może jest… A najważniejsze, że HOMEOPATIA DZIAŁA.

A niech sobie działa! Nie mam nic przeciwko temu. Ale to nie ma nic wspólnego z nauką. Szaleni wynalazcy, wizjonerzy i szamani mogą wykorzystywać i patentować zjawiska, których mechanizmu działania nie rozumieją. Ale zadaniem nauki jest właśnie rozumienie. Tam, gdzie nie ma choćby próby rozumienia, nie można mówić o nauce.


Skoro zaś obowiązkiem nauki jest rozumienie, a pseudonauka jest formą nierozumienia, można powiedzieć, że zadanie, przed jakim staje badacz zjawisk pseudonaukowych, jest bardzo perfidne: chodzi o to, by zrozumieć czyjeś nierozumienie. W jaki sposób ludzie nie rozumieją współczesnej nauki?

Czy to nierozumienie jest powtarzalne, czy można opisać rządzące nim prawa? Czy można, poznawszy „zasady nierozumienia”, wpisać w samą naukę i techniki jej komunikacji mechanizmy zabezpieczające przez wypaczeniem czy wręcz uprowadzeniem przez hochsztaplerów i ignorantów?

Sądzę, że odpowiedź na powyższe pytania jest twierdząca. I że to ważne zadanie, które zbyt długo już odkładaliśmy na później.

Ale oczywiście mogę się mylić. Wszak jestem tylko naukowcem.

Czytaj dalej

35 Comments

  1. Eksperyment dot. pkt. 5 i przyszłości nauki. Wszyscy ludzie posiadający tel. kom. z GPS odpowiadają na pytanie czy ziemia jest płaszczyzną czy kulą i na tej podstawie dzielimy ich na dwie grupy (jaką mapą się posługują?). Od tej chwili każdy z nich wybierając się dokądkolwiek musi wpisywać w tel. dokąd się udaje i kiedy zamierza dotrzeć. Ten plan podróży wraz z danymi GPS przesyłany jest do superkomputera obsługiwanego przez Pana N. (wykszt. niepełne podstawowe). Superkomputer śledzi trasy oraz czas i na postawie bilion do trylion potęgi danych Pan N. ogłasza: zwolennicy płaskiej ziemi docierają z punktu A do B dwa razy częściej i dwa razy szybciej niż zwolennicy kuli (po czym dodaje: Akademicy na Atlantydę!).
    To oznacza, że nie tylko internet (wspominał Pan o tym w TOK Fm) ale też metody Big Data mogą wspomagać antynaukową rewolucję i przykrajanie wiedzy na wymiar chałupniczej intuicji.

  2. WIARA ORAZ ŚLEPA WIARA W MOŻLIWOŚCI LUDZKIEGO UMYSŁU

    Moim zdaniem tekst jest niezły, jednak rzeczywiście w pewnych miejscach wygląda, jak niedopracowany plac budowy. Nie można do jednego worka wrzucać wszystkich rodzajów wnioskowania naukowego, nawet gdy w pewnych kwestiach panuje konsensus, ponieważ konsensus mopże się opierać na WNIOSKOWANIU EMPIRYCZNYM, lub na ZAŁOŻENIACH czysto umownych. Dlatego pisząc atykuł z tego typu przesłaniem należy postawić wyraźną GRANICĘ między tym, co DOWIEDZIONE, a tym, co ZAKŁADANE. Bez założeń nie można przeprowadzić procesu dowodowego, ale HIPOTEZY, to nie dowody. Próbowałeś wprawdzie wytyczyć taką granicę dobierając sobie kilka przykładów: „teoria płaskiej ziemi”, „homeopatia” „astrologia”. Słusznie zwróciłeś uwagę na to, że nie znane są mechanizmy działania tych rzekomych zjawisk. Identyczne wnioskowanie można zastosować do ewolucjonizmu, o którym wspomniałeś. Choć panuje konsensus naukowy, dotyczący przekonania o abiogenezie, to przecież żaden naukowiec nie ma najmniejszego pojęcia, jakie mechanizmy mogły dopropwadzić do spontanicznej syntezy żywej komórki (na jakiej drodze chemia przekształciła się w biologię: https://bioslawek.wordpress.com/2011/09/06/na-bezrybiu-i-rak-ryba-kompletne-podwazenie-koncepcji-abiogenezy-nowoczesnej-formy-samorodztwa/). Żaden naukowiec (biolog teoretyczny) nie ma pojęcia, jakie mechanizmy mogły doprowadzić do wyewoluowania układów nieredukowalnie złożonych, choć obie grupy (zajmujące się ewolucjonizmem chemicznym i biologicznych), jak ci zwolennicy płaskiej ziemi zapewniają, że stało się to w odległej przeszłości. Takie wnioskowanie opiera się na błędach logicznych, zwłaszcza, że niektórzy z nich szczerze przyznają, że takie mechanizmy są nauce nieznane: https://bioslawek.files.wordpress.com/2014/12/zrzut-ekranu-z-2014-12-19-045102.png?w=626&h=597

    „(……)Udzielono licznych odpowiedzi Behe’emu – mieli w tym udział
    również biochemicy, łącznie ze mną – które odnosiły się do tego, jak
    naprawdę powinien on przedstawić obecny stan literatury przy
    uwzględnieniu podanych przez niego konkretnych przykładów. 2 W
    rzeczywistości opublikowano próby wyjaśnienia zagadnień, takich jak
    powstanie wici, układu krzepnięcia krwi czy biochemicznej podstawy
    procesu widzenia.

    Należy przyznać, że przedstawienie tego, w jaki sposób aktualne dane biologii molekularnej sugerują procesy duplikacji genu, tasowania domen i eksonów oraz ewolucji dywergentnej nie wyjaśnia, jak NIEKOMPLETNE SYSTEMY (przyp. moja: nie w pełni ukształtowane pewne systemy biochemiczne-jak szlaki metaboliczne , czy organy , jak np. : „ćwierć-witka czy pół-witka bakteryjna”) zyskują przewagę selekcyjną.

    Obecnie jesteśmy jednak na etapie gromadzenia wystarczającej ilościdanych na podstawie sekwencji DNA i trójwymiarowych struktur białek, by w niedalekiej przyszłości przeprowadzać liczne testy przypuszczalnych wyjaśnień ewolucyjnych, co do których można by się spodziewać, że nie będą „takimi sobie bajeczkami”.”

    Nie trudno jest zauważyć , że tym samym Bruce Weber przyznaje iż ewolucjoniści nie mają pojęcia , w jaki możliwy do zaakceptowania sposób mogły wyewoluować układy nieredukowalnie złożone. Przy okazji sugerując zachowanie optymizmu i nadziei na przyszłość Bruce Weber dopuszcza się w swojej argumentacji błędów logicznych :

    1) Argument to the future – ‚Błąd ten popełnia się, gdy się twierdzi, że coś w przyszłości uda się wykazać, choć teraz jest to niemożliwe’.

    2) Hypothesis contrary to fact – Błąd tego typu powstaje wtedy, gdy ktoś argumentuje na podstawie tego, że coś mogło się zdarzyć, choć jednocześnie nic nie wskazuje na to, że tak się zdarzyło, lub nawet coś temu przeczy.’

    Oczywiście nikt oficjalnie nie napisze, że wyklucza możliwość odkrycia samoistnych, życiodajnych mechanizmów czy tych odpowiedzialnych za ewoluowanie nieredukowalnej złożoności. Jednak NAUKA bazuje na tym CO WIEMY, a nie na tym CZEGO BYĆ MOŻE SIĘ DOWIEMY.

    Poza tym naukowcy zakładają możliwość istnienia wielu innych zjawisk, których mechanizmów nie pojmują. Chociażby związanych z początkiem materialnego wszechświata: https://bioslawek.wordpress.com/2014/01/30/czy-pytanie-o-przyczyne-istnienia-materialnego-wszechswiata-nalezy-do-nauki/

    Mam jeszcze uwagę odnośnie twoich wniosków na temat Brzytwy Ockhama, To znaczy konieczności stosowania najprostszego wyjaśnienia. Nie zawsze wyjaśnienie może być proste. Spróbuj np. stworzyć szczegółowy model teoretyczny, który w prosty sposób opisuje abiogenezę (ewolucję chemiczyną prowadzącą do powstania żywej komorki): https://bioslawek.files.wordpress.com/2014/12/zrzut-ekranu-z-2014-12-24-043821.png?w=618&h=558

    pozdrawiam

    • Hipotezy, jak hipoteza boga, to nie dowody, to prawda. Dlatego hipotezę należy następnie udowodnić pokazując jak dostępne dowody ją potwierdzają, obalając lub wyjaśniając wszystkie dowody sugerujące że hipoteza jest błędna, a następnie tworząc i potwierdzając przewidywania oparte na hipotezie.

      Przykładowo hipotezę płaskiej Ziemi obalić jest łatwo – zrobił to już Eratostenes w 230 p.n.e.
      Na hipotezy homeopatii czy astrologii po prostu nie ma dowodów – eksperymenty mające wykazać ich poprawność zakończyły się fiaskiem.

      W przypadku ewolucji mechanizmy są znane i zaobserwowane, eksperymentalnie wykazano zarówno zarówno istnienie zmienności genetycznej jak i doboru naturalnego. Abiogeneza nie ma tu nic do rzeczy bo ewolucja się nią nie zajmuje.

      Badania nad ścieżkami ewolucyjnymi pokazują również że idea niekompletnych systemów jest błędna – każdy z przodków danego systemu był kompletny po prostu spełniał swoją funkcję gorzej albo nawet realizował inne zadanie.

      Badania nad systemami nieredukowalnie złożonymi będzie można przeprowadzić gdy już pojawią się dowody na istnienie takowych. Podawany często przed kreacjonistów przykład witki bakteryjnej został już wielokrotnie obalony – zrobił to na przykład Ken Miller pokazując na przykładach jak z tego ponoć nieredukowalnie złożonego mechanizmu można usunąć większość części i wyjaśniając skąd pochodzą pozostałe.

      Oczywiście nawet jeśli jakieś systemy zostaną uznane za nieredukowalnie złożone nie znaczy to że teoria ewolucji jest błędna – to że czegoś nie da się wykazać dzisiaj nie znaczy że nie da się wykazać w przyszłości. Tak często bywało – do wyjaśnienia wielu powszechnych zjawisk, jak deszcz, błyskawice czy trzęsienia ziemi, potrzebna była spora ilość obserwacji a czasami nawet specjalistycznego sprzętu.

      Proponenci wyjaśnień alternatywnych do teorii Ewolucji nagminnie popełniają dwa błędy.
      Pierwszy to błąd fałszywej dychotomii zakładając że obalenie Teorii Ewolucji wystarczy aby potwierdzić ich hipotezy.
      Drugi to błąd hipotezy wbrew rzeczywistości wynikający z potrzeby promowania swojej idei, takiej jak Idiotyczny
      Projekt, wbrew obserwowalnym faktom na podstawie samej możliwości że mogła nastąpić.
      Dlatego nagminnie wspominają oni o możliwości odkrycia w przyszłości samoistnych, życiodajnych mechanizmów lub takich odpowiedzialnych za istnienie rzekomej nieredukowalnej złożoności bo przecież nie ma bezpośrednich dowodów na to że nie istnieją i to mimo że obecne obserwacje wskazują na to że w powstaniu i ewolucji życia na Ziemi nie brały udziału żadne obecnie nieznane mechanizmy.

      Nauka nadal bada też początki wszechświata i o ile nadal możemy dyskutować na temat nieznanych zjawisk to nadal musimy pamiętać że bez dowodów i wiedzy o nich są one właśnie takie – nieznane. Dotyczy to zarówno hipotez na temat mechanizmów Wielkiego Wybuchu jak i hipotez na temat Wszechmocnych Krasnoludków, Stworzycieli Wszechświatów.

      Warto też pamiętać że określenie ‚najprostsze wyjaśnienie’ nie jest tożsame z ‚prostym wyjaśnieniem’, dlatego właśnie Brzytwa Ockhama mówi o wybieraniu wyjaśnienia wymagającego najmniej założeń i pojęć. Przy czym narzędzie to należy stosować w miarę możliwości ale nie jest ono jedynym wyznacznikiem poprawności modelu.

  3. „Homeopaci odpowiadają: Są rzeczy na niebie i ziemi… Nauka nie wszystko jeszcze poznała… Nie mówcie, że tak nie jest, bo może jest… A najważniejsze, że HOMEOPATIA DZIAŁA.

    A niech sobie działa! Nie mam nic przeciwko temu. Ale to nie ma nic wspólnego z nauką.”

    Ej, bo jeszcze ktoś uwierzy, że rzeczywiście działa lub zacznie się powoływać na Twój tekst („o proszę – tu jeden naukowiec nie zaprzeczył, więc na pewno działa!!111”).

  4. „Ale kaszę jaglaną to Pan szanuj” 😉
    A poważnie – bardzo dobry artykuł. Pozdrawiam.

  5. Artykuł o wszystkim i o niczym. O wszystkim co mówi o wszystkim i o niczym. Niby wszystko to już wiemy, ale często zapominamy. Wystarczy autorytet (lub pseudoautorytet) i mamy owczy pęd. Nie raz wciągane są mądre i doświadczone owce (ale nie Ja… Prawda?). Zmusza do myślenia, a tego brakuje. I myślę, że zawsze będzie brakować. Przynajmniej jest z czym walczyć

  6. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie sprzeciwiał się wprowadzeniu telefonów, komputerów, samochodów i innych dobrodziejstw cywilizacji. Z początku wszystko jest dobrowolne, opcjonalne. Nie musimy korzystać ze zdobyczy nauki. Po czasie jednak te zdobycze zmieniają społeczeństwo do tego stopnia, że nie jest możliwa ucieczka od korzystania z nich. Dziś takim kolejnym białym zagrożeniem jest inżynieria genetyczna. Nikt życzliwy nie chciałby blokować prac nad separacją genu powodującego stwardnienie rozsiane, czy inne choroby mogące mieć podłoże genetyczne. Niestety, ta życzliwość skazuje nas na nieprzewidziane. Seria kolejnych ulepszeń genetycznych będzie mieć nieprzewidziane konsekwencje. Nim się obejrzymy, nie będziemy mogli się obejść bez „ulepszeń”. Jakie one będą miały wpływ na naszą psychikę i zachowanie w dłuższej perspektywie? To ciężko przewidzieć i powinno to budzić zrozumiałe obawy w człowieku. Kto będzie decydował o tym, które manipulacje genetyczne będą moralne, a które nie? Autorytet? W takim razie wkraczamy w świat polityki, czy tego chcemy, czy nie.

    Dziś człowiek nie jest w stanie zabezpieczyć swojego otoczenia przed niebezpieczeństwami, ponieważ już na niewiele rzeczy ma wpływ. Decyzje są podejmowane przez odległe autorytety za niego, przez urzędnika regulującego poziom spalin, polityka ustalającego ile pestycydów moża stosować w żywności, inżyniera czuwającego nad bezpieczeństwem maszynerii w elektrowni, itd. Na to wszystko przeciętny człowiek, jako jednostka nie ma wpływu, co prowadzi do chronicznego poczucia zagrożenia.

    Dzisiaj nauka staje jawnie po stronie politycznej. Staje w konflikcie z indywidualizmem i wolnością jednostki. Staje po stronie kolektywnej, autorytarnej, sugeruje posłuszeństwo mas wobec określonej kasty (autor nazywa to zaufaniem). Albo autorytaryzm naukowy i postęp, albo zastój. Albo rozwiązujemy problem globalnego ocieplenia po naszemu, za pomocą wielkiego planu, albo zginiecie. Wybór wcale nie jest oczywisty, ponieważ ludzie już zauważają skutki uzależnienia społeczeństwa od technologii. Jednostka staje się trybikiem w coraz większej i potężniejszej machinie przemysłowej. Człowiek potrzebuje odczuwać sukcesy, a dzisiejsze, coraz bardziej zaawansowane technologicznie społeczeństwo opiera się na coraz masywniejszej hierarchii, w której siłą rzeczy sukcesy są w stanie odnosić nieliczni u szczytu. Reszta musi wykonywać polecenia. Jak to wpływa na psychikę człowieka? Jeżeli nie możemy odnosić sukcesów w życiu, to uciekamy do świata wirtualnego, by tam odczuwać poczucie sprawczości, mieć poczucie wpływu na cokolwiek, podoływać wyzwaniom.

    • Jest wręcz przeciwnie, tzn. rozwój technologii poszerza pole indywidualnej wolności i to znacznie. Telefon komórkowy sprawia, że mogę rozmawiać z ludźmi odległymi o tysiące kilometrów w niemal dowolnym miejscu – wcześniej musiałem przebywać blisko aparatu telefonicznego, a jeszcze wcześniej mogłem co najwyżej wysłać posłańca.
      Ogromny zasób tekstów, które można znaleźć w Internecie pozwala mi niemal za darmo poszerzać swoją wiedzę. Przed wynalezieniem WWW musiałbym przesiadywać całe dnie w bibliotece uniwersyteckiej (a ktokolwiek zawodowo korzystał z bibliotek wie, że jedna nie wystarczy, a podróże są nieuniknione i niezbędne) – skąd na to czas, skąd pieniądze?
      Nie wspomnę już o tym, że przed erą medycyny klinicznej moja wolność osobista byłaby ograniczona znacząco przez nieustanne i relatywnie bardzo prawdopodobne zagrożenie życia – od choroby zakaźnej, po powikłanie po skaleczeniu, czy nawet zapaleniu dziąsła…
      Zwróciłbym też uwagę na znamienne słówko „dziś”, za którym kryje się pewna milcząco założona wizja przeszłości, a raczej (ukłon w stronę właściciela bloga) mit, który roboczo można nazwać „historia felix”. Głoszony jest on przez ludzi, którzy nigdy nie zagłębili się w źródłowe i racjonalne badanie przeszłości i w związku z tym uważają, że „kiedyś było lepiej”.
      To mechanizm psychologiczny i kulturowy (zachęcam do poczytania o „pamięci historycznej” i o genezie tego rodzaju mitów – bibliografia na priv), który POZWALA nam tak sądzić. To, że pozwala, nie znaczy, że muszę mu ulegać, tak samo jak fakt, że mogę sobie kupić drona, nie oznacza, że jestem do tego zakupu zobligowany. Być może jest tak, że w rzeczywistości jesteś, drogi Pseudonaukowcu, niewolnikiem swoich własnych przesądów a nie Bogu ducha winnej technologii, którą tak atakujesz.
      Czy rzeczywiście żyjemy w „matrixie”? To już Twój wybór – wybierasz aby tak uważać. Trawestując Hegla – dobrowolnie godzisz się na własne zniewolenie.

  7. Bardzo ciekawy artykuł. Czy nie należałoby dodać, że skoro „nauka nie mówi ostatniego słowa”, coś takiego jak „pamięć wody” może potencjalnie istnieć tylko przy pomocy naszych metod poznawczych nie jesteśmy w stanie stanie tego obecnie zweryfikować ? Tak na wszelki wypadek, w razie potencjalnego odwetu homeopatów, czy też na własny użytek, aby zawsze pamiętać jak wiele jeszcze przed nami do odkrycia.

    • Gdyby istniała jakaś „pamięć wody” to każdy łyk wody który spożywasz by Cię zabił bo „pamiętałby” trucizny rozpuszczone w nim w przeszłości. Najlepszym dowodem jest to że żyjemy 😛

    • Może potencjalnie istnieć tyle że:
      – znane prawa fizyki to uniemożliwiają
      – nie ma żadnych przesłanek że może istnieć
      – nie istnieją żadne mechanizmy na nią pozwalające
      – eksperymenty mające zweryfikować jej istnienie dały negatywne wyniki
      – homeopatia i tak nie działa co sprawdzono doświadczalnie więc jeśli efekt pamięci wody istnieje to homeopatia go albo nie wykorzystuje albo nie działa tak jak homeopaci go opisują.

      • „– homeopatia i tak nie działa co sprawdzono doświadczalnie więc jeśli efekt pamięci wody istnieje to homeopatia go albo nie wykorzystuje albo nie działa tak jak homeopaci go opisują.”

        A to chyba nie jest do końca prawda. Wszak udowodniono doświadczalnie, że efekt placebo działa. 🙂

  8. Bardzo dobry artykuł! Od siebie mogę dodać, że w rozpoznawaniu pseudonauki przydaje się prasa fachowa, czy choćby Wikipedia. Z reguły nie są to tematy tak trudne, że niedostępne dla laika, więc warto mieć nawyk weryfikowania informacji. Problem polega na tym, że nabieramy się na pseudonaukę w dziedzinach na których się nie znamy i sama świadomość posiadania umiarkowanej wiedzy na dany temat również jest sygnałem alarmowym, że ktoś może mnie robić w trąbę. Osoby znające angielski mają łatwiej, bo np na en.wiki pseudonauka jest sukcesywnie tępiona i nie trzeba być specjalistą, żeby ją zrozumieć. Oczywiście istnieje możliwość jakiegoś spisku, w wyniku którego prawdziwe informacje są cenzurowane, ale nie rozumiem dlaczego spiskowcy jakoś nigdy nie cenzurują filmów traktujących o ich spiskach na YouTube..

  9. Odnośnie szczepień i powyższego artykułu to mam takie rozważania:
    Pkt.1. „Nauka nigdy nie mówi ostatniego słowa”.
    Zwolennicy szczepień w tym, większość lekarzy podają za pewnik, że „szczepienia są super”. Tak przedstawia się to obecnie w książkach medycznych i takie tezy propaguje się poprzez media.
    Ileż to razy w historii nauki, najpierw coś przyjmowano za pewnik, a potem okazywało się to fałszem?
    Skoro „nauka nigdy nie mówi ostatniego słowa”, to dlaczego lekarze zachowują się jak wszystkowiedzący, nie zakładając, że mogą się mylić? Obecna nauka to zatem nauka, czy pseudonauka (skoro twierdzi za pewnik, że szczepienia to zbawienie dla ludzi i nie zakłada nawet marginesu błędu)?

    Pkt.2. „Nauka opiera się na coraz bardziej zaawansowanej specjalizacji”.
    Cyt. „…rzeczywistość jest taka, że przełomów w nauce dokonują zwykle naukowcy.”.
    Ok, a co jeżeli różni naukowcy, w wyniku swoich badań i wniosków z nich wynikających mają zupełnie odmienne zdanie między sobą?
    To komu wierzyć? W ten sposób przechodzimy do pkt.3.

    Pkt.3. „Nauka opiera się na zaufaniu wpisanym w system instytucji kontrolnych”
    Co jeżeli „system instytucji kontrolnych” stanowią przekupni skorumpowani ludzie?
    Odnośnie szczepień, a w tym wiarygodności różnych badań, to wiele autorytetów medycznych zauważa ten problem np. dr Richard Horton – redaktor naczelny jednego z najbardziej cenionych i prestiżowych pism medycznych na świecie „The Lancet”. W numerze 385 (z kwietnia 2015) dr Horton stwierdził wprost: Wiele z ustaleń zawartych w literaturze medycznej, być może nawet połowa, może być po prostu nieprawdziwa. Są one bowiem oparte na zbyt małej ilości prób, zbyt wąskim materiale badawczym, zbyt niejednoznacznych wynikach […] co w połączeniu z obsesją badaczy podążania za nowymi trendami o wątpliwym znaczeniu sprawia, że nauka zaczyna podążać w przepaść.”

    Albo wypowiedz zmarłego przed 3 laty Profesora Medycyny Uniwersytetu Harward – Arnolda Relmana:
    „Zawody medyczne są kupowane przez przemysł medyczny, nie tylko w kwestiach praktyki medycznej, ale także nauczania i badań. Instytucje akademickie tego kraju godzą się na to, by stawać się płatnymi agentami przemysłu farmaceutycznego. Uważam to za niegodne”.
    Albo Marcia Angell, lekarz i wieloletnia redaktor naczelna New England Medical Journal, uznawanego za jeden z najbardziej prestiżowych żurnali medycznych, cyt.: „Po prostu nie jest już możliwe, by wierzyć w większość publikowanych badań klinicznych lub by polegać na osądach cieszących się zaufaniem lekarzy, czy autorytatywnych medycznych wytycznych. Ze smutkiem wypowiadam ten wniosek, do którego doszłam bardzo powoli i z wielkim oporem podczas przeszło dwóch dekad mojej pracy jako redaktor New England Journal of Medicine.”
    Są tacy naukowcy, którzy się przyznają do kłamstwa, widząc krzywdę jaką wyrządzili.
    np. oświadczenie dr Williama Thompsona, który z ramienia agencji rządowej USA o nazwie CDC (Centers for Disease Control and Prevention) zajmował się badaniem i publikacją wyników badan dotyczących związku szczepień z autyzmem. Oto co powiedział:
    „Jestem naukowcem z CDC, gdzie pracuję od 1998. Jako współautor badań żałuję, że w artykule w „Pediatrics” opublikowanym w 2004 r., przedstawiającym wyniki naszych prac, pominęliśmy statystycznie istotne informacje, które sugerują związek między szczepieniami a autyzmem. W innym miejscu dr Thompson powiedział, że artykuł celowo mętnie przedstawił dane, które wyraźnie pokazywały związek między szczepionką MMR a wzrostem ryzyka zachorowań na autyzm u dzieci. Zwłaszcza gdy szczepi się je przed upływem trzeciego roku życia”
    Ruszyło go sumienie jak zobaczył chore autystyczne dzieci.”

    Reasumując, czy współczesna nauka medyczna, to nauka, czy pseudonauka?

    • 1. „Nauka nigdy nie mówi ostatniego słowa” – znaczy tyle że coś może się zmienić, niekoniecznie że wszystko może się zmienić. Zwolennicy szczepień mówią że szczepienia są super bo według dostępnych danych takie są. Podobnie jak mówią że jabłka spadają na ziemię bo według obecnych danych dokładnie tak jest.
      Nauka w przeszłości się myliła, to prawda – warto jednak pamiętać że metoda naukowa w obecnym kształcie ze wszystkimi mechanizmami weryfikacji powstała stosunkowo niedawno.
      Lekarze nie zachowują się jak wszystkowiedzący, nie kłam. Zachowują się jak specjaliści, świadomi że mogą się mylić ale też ze świadomością ogromu posiadanej wiedzy w temacie szczepień, ich działania, skuteczności, możliwych skutków ubocznych. Obecna nauka to zatem nauka – analiza dowodów pokazuje że szczepienia działają i chronią przed chorobami przy minimalnych skutkach ubocznych. Siła dowodów jest na tyle duża że nie można od nich oczekiwać pochylania się nad opinią każdego ignoranta który obejrzał filmik na Youtube.

      2. W takiej sytuacji patrzy się na opinie specjalistów wynikające z analizy konsensusu danych naukowych. W końcu kto będzie miał więcej wiedzy o szczepieniach, psycholog, chirurg czy wakcynolog i epidemiolog którzy badają choroby, szczepionki i szczepienia od dziesięcioleci?

      3. Nauka opiera się na badaniach i ich wynikach oraz możliwości replikacji tych badań. Nawet w sytuacji gdy instytucje kontrolne nie działają we właściwy sposób to badacze i tak będą w stanie pokazać gdzie leży prawda. Działo się to już w przeszłości a dzisiaj, dzięki Internetowi, jest wyjątkowo łatwe.
      Jednakże przy mnogości instytucji kontrolnych (przypominam, prawie każdy kraj ma swoje) i sporej ilości badań prowadzonych przez uniwersytety założenie, bez żadnych dowodów, że ci wszyscy ludzie są skorumpowani jest absurdalne.
      Aplikowanie stwierdzenia dr. Richarda Hortona do szczepień jest idiotyczne, jak sam mówi – „Są one bowiem oparte na zbyt małej ilości prób, zbyt wąskim materiale badawczym, zbyt niejednoznacznych wynikach” co w przypadku szczepień jest nieprawdą. Badania populacyjne, badanie in-vitro i badania in-vivo szczepionek i ich efektów są prowadzone od dziesięcioleci nie tylko w krajach zachodnich ale także w w krajach Bloku Wschodniego i w Chinach. Obejmują, w przypadku badań populacyjnych, dziesiątki albo i setki tysięcy osób a ich wyniki są jednoznaczne – szczepionki działają i nie stanowią znaczącego zagrożenia.

      Podobnie warto spojrzeć na inne wypowiedzi – badania szczepionek prowadzone w bloku państw komunistycznych również potwierdzały ich skuteczność i bezpieczeństwo. Czy badacze w państwach bloku wschodniego taże byli skorumpowani? Skuteczność i wystarczające bezpieczeństwo szczepionek potwierdzają nie tylko badania kliniczne ale i badania statystyczne przeprowadzane na całych populacjach.

      Nie należy też wyciągać wypowiedzi naukowców z kontekstu którego dotyczą i rozciągać wypowiedzi związanych z jednym badaniem na całą naukę.
      Przykładowo, cytat z wypowiedzi Williama Thompsona, współautora badania stwierdzającego brak związku szczepionek z autyzmem pochodzi z oświadczenia opublikowanego po jego rozmowie z Brian Hookerem który, jak sam stwierdził, ‚odkrył’ w badaniu sprzed kilkunastu lat zwiększoną liczbę przypadków autyzmu w jednej konkretnej grupie – afro-amerykańskich chłopcach przed 3 rokiem życia. Jak się jednak okazało analiza publicznie dostępnych danych przeprowadzona przez Hookera była błędna gdyż autor nie uwzględnił, podanego w pierwotnym badaniu wymogu, aby dzieci z autyzmem zostały zaszczepione przed przyjęciem do publicznej szkoły specjalnej. Co równie ciekawe analiza Hookera wykazała że zwiększone ryzyko autyzmu dotyczy tylko afroamerykańskich chłopców zaszczepionych w konkretnym wieku, ani wcześniej, ani później, ani białych, ani dziewczynek. Dlaczego? Jak się okazało badana grupka w tym wieku była bardzo mała – jedynie kilka dzieci, a przecież w takim przypadku jeden albo dwa dodatkowe przypadki wynikające ze zwykłego przypadku mogą zaburzyć wyniki działania.
      Warto też wspomnieć że żadne inne badanie nie potwierdziło tych wyników.

      Jak widać zatem współczesna nauka medyczna to nauka, nieustannie atakowana przez ignorantów, głupców i oszustów.

  10. Bardzo ciekawy tekst, jednak w punkcie pierwszym niechcący przygotował Pan dla naukowców czy popularyzatorów nauki pułapkę 🙂 Rzeczywiście osoby prowadzące badania przyrodnicze czy choćby mające takie wykształcenie, niechętnie posługują się kategorycznymi stwierdzeniami „tak/nie”. Zgodnie z tym, czego nauczyli się na studiach i jak wyglądają wyniki badań chcą zawsze powiedzieć „prawdopodobnie”, „na 90%” itp. Jednak w spotkaniu z „resztą świata” przechodzą często „antytrening”. Dziennikarz indaguje ich dokładnie tak, jak Pan to opisuje i aby uniknąć konkluzji, że nic nie wiedzą, decydują się jednak na stwierdzenie kategoryczne („tak, praktycznie tak”). Publiczność nie rozumie języka niepewności. Nie dalej jak wczoraj przeczytałem komentarz „słowa uśrednienie, prawdopodobnie mogą wskazywać tylko na jedno: wiemy że jeszcze nic nie wiemy”. W dyskusji internetowej można się jeszcze silić na zalinkowanie kilku źródeł informacji na ten temat, jednak podczas rozmowy z młodzieżą na Festiwalu Nauki albo trzydziestosekundowej wypowiedzi dla telewizji nie ma na to szans. Naukowiec uczy się, że aby pozostawić u słuchacza wrażenie, że przekazał mu jednak coś, co można traktować jako fakt a nie „ogólne wrażenie, że nauka nic nie wie na pewno”, musi czasami zrezygnować z naukowego języka. Inaczej ważne ustalenia – np. o zaletach szczepionek albo zagrożeniach związanych z globalnym ociepleniem – mogą zostać zdyskredytowane i pominięte przy podejmowaniu decyzji przez zwykłych ludzi albo, co gorsza, wysoko postawionych decydentów.
    I teraz: BAM! Na scenę wkracza wyedukowany na Pana tekście sceptyk. Naukowiec, który włożył dużo wysiłku w przełamywanie własnych oporów i przygotował materiał zrozumiały dla zwykłych ludzi, którzy chcą usłyszeć „jak jest”, słyszy, że jest hochsztaperem 🙂
    Dlatego namawiam do zaznaczania jednak, że są różne źródła wiedzy i że konwencja niektórych (podręcznik, spotkanie z kawiarni naukowej, klip telewizyjny) nie pozwala na rozwijanie informacji o niepewności pomiaru, co nie znaczy, że informacji na ten temat nie znajdziemy w publikacjach typowo naukowych.

  11. Co do punktu 3 i zaufaniu jako podstawie nie zgadzam się z tego prostego powodu,że:
    1.Instytucje kontrolne mogą zawieść w sposób przypadkowy lub celowy
    2.Spiski istniały w całej historii (fakt potwierdzony naukowo) ergo: raczej istnieją nadal, ponieważ brak dowodów na to by doszło w tej kwestii do istotnych zmian
    3.Nawiązując do punktu pierwszego – celowe oddziaływanie na instytucje kontrolne w celu podania faktu „naukowego” sprzecznego z stanem faktycznym są osiągalne dla znających słabości tych instytucji i dysponujących adekwatnymi środkami.

    Mówiąc po ludzku: naukowców można skorumpować,lub zmanipulować jeśli w danej dziedzinie/danym przypadku (specjalizacja i nie tylko) są np. ignorantami.

    W końcu umówmy się.Mam wykształcenie wyższe techniczne i do diabła – wiem jakie to „fortuny” zarabiają pracownicy akademiccy.Tak jest raczej nie tylko w Polsce. Prawdziwe pieniądze są w biznesie i w marketingu,cóż trudnego w kupieniu sobie jednego z wielu profesorów do dobrze zaowalowanej działalności marketingowej ? Zwłaszcza jeśli ten profesor/ci profesorowie pełni rolę podobną np. do urzędnika sanepidu,a jego działalność opłacana była tylko z dotacji rządowej ?

    Dlatego „nauce” w sprawie rzekomego „całkowitego bezpieczeństwa szczepionek i GMO” itp nie ufam.Bo pieniądze na sprzedanie niebezpiecznego produktu z reguły są większe,niż pieniądze na pilnowanie by nie sprzedawano czegoś takiego.

    Choćby dlatego trudno ufać „autorytetom” i ich dobrej woli.Autorytety też z czegoś muszą żyć w kapitalizmie – a niestety, zbyt dużo ich ostatnimi czasy żyje z bycia autorytetami. I ludzie o tym wiedzą.Ludzie mamieni są przez „dentystów” sprzedających pasty do zębów, „lekarzy” i innych sprzedawców. Jaką mają dziś pewność,że naukowiec jest rzetelny i nie bierze kasy za marketing ? Ano: żadnej.

    1,4,5 zasadniczo poprawne i to są istotne kryteria.

    Co zaś do marketingu (lub dogmatyzmu) pod pozorami nauki – można go podejrzewać tam,gdzie nie ma prób rzetelnej dyskusji a tylko określenia „teoria spiskowa”,dezawuowanie oponenta, oraz walka z możliwością dokonania innego wyboru,niż ten „autorytetów”.

  12. „Nauka jest trochę jak Świątynia Opatrzności albo polska autostrada.”

    Dlaczego jak polska autostrada? Każda autostrada, ba — każdy wystarczająco złożony kawałek infrastruktury jest nieskończonym placem budowy. Czyżby autor wierzył w powtarzane mity o jakiejś wyjątkowości polskich autostrad („panie, najdroższe na świecie a tylko zbudowali i już muszą remontować!”)?

  13. Mam zastrzeżenia do tego fragmentu:

    „Nauka działa zupełnie inaczej. Kiedy ktoś wyciąga jedną cegiełkę – cały mur grozi zawaleniem. To odbija się w zachowaniu wszystkich obecnych na placu budowy. Robotnicy, inżynierowie, architekci i behapowcy rzucają się nagle w panice, żeby ratować sytuację. Tak właśnie, ujęte obrazowo, wyglądają prawdziwe rewolucje naukowe.”

    W moim rozumieniu, się to nieco kłóci z tym że nauka jest otwarta na konrowersję i zmiany obowiązujących teorii. Jest to trochę niezreczne tłumaczenie jak działa zmiana paradygmatów nauki. Dodałbym że ci ‚robotnicy, inżynierowie, architekci i behapowcy’ skupiają się na rozwinięciu nowych teorii tak aby uzupełnić ewentualne braki i niedopowiedzenia.

  14. „choć współczesna nauka w mikroskali opiera się wiedzy” czy raczej powinno być „choć współczesna nauka w mikroskali opiera się NA wiedzy” ? Mała różnica w treści – kolosalna różnica w znaczeniu 😉
    Pozdrawiam

Odpowiedz na „Let's start thinkingAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.