Czego nauczyłem się na kulturoznawstwie?

Nie mogę uwierzyć, że od tamtego dnia minęło już piętnaście lat. Właśnie zdałem maturę i zastanawiałem się nad wyborem studiów. Nie wiedziałem wtedy o istnieniu takiego kierunku jak kulturoznawstwo, nikt z moich znajomych się tam nie wybierał. Wydaje mi się, że zdecydował jakiś drobiazg. Coś, co któryś z wykładowców powiedział w trakcie dnia otwartego, ale pewien nie jestem.
W sumie to nie mam pojęcia, jak to się stało, że poszedłem na studia w Instytucie Kultury Polskiej UW. Na pewno nie żałuję. Pozwólcie, że opowiem wam o kilku rzeczach, których się tam nauczyłem.

Dlaczego warto się przyjaźnić z kulturoznawcami?

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, a w swojej drużynie warto mieć kulturoznawcę.

Ale co właściwie taki potrafi?

Na kulturoznawstwie nauczyłem się, że nauka i pseudonauka to praktyki kulturowe. Spektakularne sukcesy Wielkiej Lechii i lęk przed energią atomową, ruch antyszczepionkowy i niespieszne uświadamianie sobie niebezpieczeństw związanych ze zmianą klimatu – wszystko to może i powinno stanowić przedmiot namysłu kulturoznawców.

Oczywiście to lekarze powinni leczyć pacjentów, klimatolodzy – badać klimat, archeolodzy i historycy dociekać prawdy o przeszłości. Ale kulturoznawcy są potrzebni, by ramię w ramię z lekarzami badać lęki pacjentów i ich niechęć do służby zdrowia. Czasem nawet po to, by zwracać uwagę na błędy personelu medycznego. Oczywiście nie te związane z dawkowaniem leków, ale sytuacje, w których komunikacja z pacjentem nie przebiegła poprawnie. To tym ważniejsze, że to właśnie te „ludzkie” braki medycyny bezlitośnie punktują i eksploatują szarlatani oferujący „całościowe” podejście do pacjenta i wysłuchanie jego utyskiwań na zdehumanizowane szpitale, a przy tym oferując biorezonans, strukturyzatory wody i końskie dawki lewoskrętnej witaminy C.

Kulturoznawcy potrzebni są klimatologom, by świadomość zmian klimatu przebijała się skuteczniej do opinii publicznej. Istniejące w społeczeństwie postawy, opinie, wiedzę i ich zmiany można badać podobnie, jak bada się topnienie lodowców i średnie miesięczne temperatury. Bez rzetelnego zrozumienia i poznania kultury węgla, związanych z nią lęków, nadziei i patriotycznych fantazji nigdy nie wprowadzimy w Polsce kultury atomu ani kultury odnawialnych źródeł energii.

To samo dotyczy archeologów przegrywających z Lechitami i kosmitami albo merytorycznych polityków nokautowanych przez zręcznych demagogów. Za każdym razem mechanizm jest podobny.

Narzędzia kulturoznawstwa pozwalają nam lepiej zrozumieć, co robimy źle i dlaczego nasi przeciwnicy wygrywają, chociaż nie mają racji.

Narzędzia kulturoznawstwa pozwalają nam lepiej zrozumieć, co robimy źle i dlaczego nasi przeciwnicy wygrywają, chociaż nie mają racji.

 

Antropologia kultury

To niezbyt zaskakujące, ale pierwszą i chyba najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na kulturoznawstwie, było myślenie o różnych zjawiskach w kategoriach kultury. Narzędzia z tym związane zdobyłem na antropologii kultury – flagowym przedmiocie w IKP UW.

No dobrze, ale co to właściwie znaczy, że coś jest „kulturowe”? To znaczy, że wielu ludzi pewną rzecz, którą z punktu widzenia biologii czy fizyki dałoby się zrobić na wiele różnych sposobów, robi tak samo, ulegając zaskakującej synchronizacji.

W swojej pracy badawczej zajmuję się sporo błędami. To doskonały przykład. Jeżeli błędy mają charakter losowych wychyleń (jak w przypadku lotek trafiających w tarczę), to w skali populacji wykasują się, nie dając żadnego wyraźnego obrazu. Ale jeżeli błąd jest powtarzalny, to można go zbadać, zrozumieć i interweniować. (Jeżeli niemal wszyscy rzucający trafiają w prawą górną ćwiartkę tarczy, to może do czynienia mamy ze specyficznym złudzeniem optycznym wynikającym z oświetlenia w pomieszczeniu? Może trzeba przesunąć tarczę albo inaczej wyważyć lotki?)

Ale błędy to skomplikowana sprawa. Weźmy coś prostszego, na przykład siedzenie. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak w zasadzie siedzicie? Czy inni siedzą tak samo, podobnie, radykalnie inaczej?

Podrzucę wam za chwilę trzy zbudowane na stereotypach postaci. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, jak siedzą:

  1. dresiarz,
  2. panienka z dobrego domu,
  3. geek komputerowy.

Proste, prawda? A jak chodzą po mieście? Jak jedzą? Jak wchodzą na imprezę, na której nikogo nie znają?

Ludzie należący do różnych plemion, narodów, klas społecznych (biedni/zamożni), ludzie w różnym wieku i różnej płci robią pewne rzeczy w ściśle określony sposób. (Swoją drogą ostatnie to właśnie niesławny gender – czyli nic innego, jak płeć rozumiana właśnie jako zestaw kulturowych norm i praktyk).

O tym wszystkim opowiadał tekst Marcela Maussa pt. „Sposoby posługiwania się ciałem” – jeden z kamieni milowych w podręczniku do antropologii kultury. Prawdziwe kompendium tego, jak można rodzić, jeść, pływać, podnosić ciężary, spać, chodzić, kucać albo siedzieć:

Sposób siadania jest sprawą podstawową. Można odróżnić ludzkość kucającą i ludzkość siedzącą, a wśród niej ludy znające ławkę i ludy jej nie znające, ludy znające krzesło i ludy go nie znające. Rzecz ciekawa, we wszystkich okolicach 15 stopnia szerokości geograficznej północnej i na równiku na obu kontynentach rozpowszechnione są drewniane stołki, których nogi przedstawiają kucające postacie. Są ludy, które znają stoły, i ludy, które ich nie znają. Stół, grecka trapeza, wcale nie jest powszechnie używany. Na całym Wschodzie normalnie używa się do dziś dywanu lub maty.

I tak przez dwanaście stron. Przyznam, że był to jeden z nielicznych kryzysowych momentów w mojej studenckiej karierze. Po przebrnięciu przez ten tekst pomyślałem po raz pierwszy (i chyba w zasadzie ostatni), że to kompletnie nie dla mnie. Że może jednak powinienem był bardziej przykładać się do matematyki i zdawać na fizykę.

Ale potem przyszła dyskusja na zajęciach, gdzie nagle okazało się, że te egzotyczne spisy form siadania i kucania mogą posłużyć za punkt wyjścia do refleksji nad dostosowaniem budynków do potrzeb osób z niepełnosprawnościami albo projektowania lepszych wnętrz.

Chodzi o to, żeby zastanowić się, dlaczego w zasadzie ludzie wokół mnie myślą i działają w określony sposób i – co ważniejsze – uważają go za oczywisty i naturalny.

Bo nie chodzi o to, żeby nauczyć się, które plemiona potrafią spać stojąc na jednej nodze. Chodzi o to, żeby zastanowić się, dlaczego w zasadzie ludzie wokół mnie myślą i działają w określony sposób i – co ważniejsze – uważają go za oczywisty i naturalny.

W ten sposób kulturoznawstwo nauczyło mnie krytycznego myślenia. Nie należy tego mylić z krytykanctwem (to moja osobista przywara, za którą nie należy winić IKP UW). Chodzi raczej o umiejętność zdystansowania się wobec tego, co oczywiste – dostrzeżenia i przeanalizowania założeń, na których opiera się to, co robimy, i to, jak to robimy. Za każdym „się” w zdaniach „to się myśli”, „tak się robi”, „to się dziś czyta” kryje się zagadka, którą kulturoznawca próbuje rozwiązać.

Antropologia mediów

Na pierwszy rzut oka antropologia słowa nie wydaje się najciekawszym przedmiotem. Przez 60 godzin tłukliśmy głównie różnice między kulturą oralną (czyli opartą wyłącznie na słowie mówionym), a kulturą pisma i jej kolejnymi modyfikacjami (druk, radio i telewizja, internet). Znowu sporo przy tym było dyskusji o dawnych dziejach i egzotycznych plemionach.

A potem okazało się, że teksty Marshalla McLuhana czy Waltera J. Onga dostarczyły mi jednego z najważniejszych narzędzi badawczych, którym posługuję się dziś nieustannie.

Kultura jest w ścisły sposób związana z dominującymi w niej formami komunikacji. Społeczności nieznające pisma funkcjonowały zupełnie inaczej, ceniły inne wartości, w inny sposób podchodziły do innowacji. Dokładne przekazanie informacji kluczowych dla przetrwania grupy w postaci np. mitów było znacznie ważniejsze niż eksperymentowanie z innymi możliwymi rozwiązaniami. Zarazem kultura oparta na słowie mówionym była bardzo elastyczna – rzekomo odwieczne mity z pokolenia na pokolenie dopasowywały się do zmieniających się realiów. Nie tworzono archiwów – przetrwało tylko to, co się przydawało.

Pismo otworzyło drzwi innowacji, ale też powołało do życia trwały, niezmienny kanon. Święte księgi i spisane prawa umożliwiły tworzenie wielkich imperiów – synchronizowanie wyobraźni tysięcy poddanych, czasem przez wiele stuleci. Druk jeszcze to oddziaływanie zwiększył, tworząc jednocześnie możliwość błyskawicznego rozpowszechniania starych i nowych idei w olbrzymich nakładach. Synchronizacja stała się pełniejsza, ale zmiany – szybsze i bardziej gwałtowne. Rezultatem było między innymi stulecie wojen religijnych, a potem – narodziny nowoczesnych państw narodowych.

Internet obala jedną z podstawowych zasad kultury druku – wysoki próg wejścia. Druk był kosztowny. Pochłaniał czas, fundusze, prace, energię. Nie każdy mógł sobie wydrukować książkę (albo założyć radiostację). Komunikacja była odgórna i asymetryczna. Władcy, kapłani, później także menedżerowie firm mówili do zwykłych ludzi, ale ci mieli niewielkie możliwości odpowiedzi. W internecie każdy – przy odrobinie szczęścia i wytrwałości – dotrzeć może do tysięcy odbiorców.

Współczesna pseudonauka stanowi produkt kultury internetu. Nauka tymczasem wciąż operuje przede wszystkim kategoriami kultury druku. Na styku tych dwóch formacji kulturowych pojawiają się naprawdę fascynujące zjawiska.

Współczesna pseudonauka – podobnie jak memy, influencerzy i Lord Kruszwil – stanowi produkt kultury internetu. Nauka tymczasem (oraz, w znacznej mierze, edukacja szkolna) wciąż operuje przede wszystkim kategoriami kultury druku. Na styku tych dwóch formacji kulturowych pojawiają się naprawdę fascynujące zjawiska.

To wszystko wiem z antropologii słowa. A na kulturoznawstwie mieliśmy jeszcze antropologię widowisk, antropologię kultury wizualnej i wiele innych przedmiotów (także bez antropologii w nazwie, jakby kto pytał).

Kulturoznawcze wykształcenie pozwala spojrzeć na zachodzące zmiany z lotu ptaka, dostrzegając podobieństwo wielu na pozór odmiennych praktyk i istotne różnice tam, gdzie wydawałoby się, że mamy do czynienia z tym samym.

Co dalej?

Może studia skończyliście już dawno. Może daleko wam do humanistyki i ten tekst był dla was tylko naukową ciekawostką. Wtedy po prostu dodajcie kulturoznawstwo do swojej mapy mentalnej (jeżeli jeszcze go tam nie było), żeby wiedzieć, że gdzieś w Warszawie (i nie tylko!) ludzie uczą się takich fajnych rzeczy. Za miesiąc, rok albo dekadę przypomnijcie sobie o kulturoznawcach, kiedy będziecie potrzebować kogoś, kto pomoże wam krytycznie spojrzeć na sprawy na pozór oczywiste, przeprowadzi badania kultury organizacyjnej, pomoże przygotować komunikat dostosowany do medium albo zaktywizować lokalną społeczność.

Ale statystyka podpowiada, że część z was stoi właśnie dokładnie w tym miejscu, w którym ja znajdowałem się piętnaście lat temu. W takim przypadku: rozważcie kulturoznawstwo. Miło będzie was spotkać w IKP, gdzie zadomowiłem się na dobre.

Czytaj dalej

Jeden smutny, samotny komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.