Żeńskie końcówki to kwestia życia i śmierci

Czytelniczki, które znają mnie dłużej, mogą być nieco zaskoczone zmianą barw. Jeszcze kilka lat temu grałem raczej w drużynie przeciwników żeńskich końcówek. Śmieszyły mnie prezeski, na chirurżkach wykręcałem sobie język, gościnię postrzegałem jako niepotrzebne maltretowanie polszczyzny.

Można było ode mnie usłyszeć cały repertuar argumentów. Że to brzmi nienaturalnie, że język sam się dostosuje, że pan wiewiórka też jest rodzaju żeńskiego i nikt nie robi z tego tragedii.

Wiecie co? Zmieniłem zdanie.

Język kształtuje rzeczywistość

Wciąż uważam, że to jeden z tych problemów, które rozwiążą się same. Język stopniowo sam się zmienia, żeby dopasować się do rzeczywistości. Jak pojawi się więcej generałek, minister (ministerek? ministrzyń?) i prezesek, to wykształcą się odpowiednie formy, a my się do nich przyzwyczaimy. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, już niedługo feminatywy będą wszechobecne i niebudzące kontrowersji.

Ale! Język nie tylko odzwierciedla naszą rzeczywistość. On także ją kształtuje. Sprawia, że jedne rzeczy są dla nas oczywiste, a inne pozostają dziwaczne, a nawet niewidzialne. Nawet jeżeli sobie tego nie uświadamiamy, być może za niepokojem, który odczuwamy na dźwięk słowa „chirurżka”, kryje się lęk, że pewnego dnia mogłaby nas operować kobieta?

Może gdyby „sztucznie” (ale co to właściwie znaczy? czy każda zmiana nie jest w języku naturalna?) wymuszać te nienaturalne formy, więcej dziewczynek wyobrażałoby siebie w przyszłości na przykład jako pilotki, czego teraz nie robią, bo przecież wiadomo, że pilotka to taka – he, he – czapka.

 

Ale to jest trudne do zbadania. Tym trudniejsze, zaznaczmy na marginesie, że w języku angielskim dominującym w międzynarodowym obiegu naukowym, problem występuje w stopniu marginalnym (fireman czy fireperson, chairman czy chairperson), bo rzeczowniki nie mają tam określonego rodzaju1.

Niedawno trafiłem natomiast na ślad innego zagadnienia związanego z niewidzialnością kobiet, które radykalnie zmieniło sposób, w jaki myślę dziś o feminatywach.

Domyślny mężczyzna

Oglądaliście kiedyś filmy z testów bezpieczeństwa samochodów? Kawał świetnej roboty! Przykład zastosowania myślenia naukowego do udoskonalenia otaczającej nas rzeczywistości. Najpierw prowadzimy komputerowe symulacje, potem zderzamy z murem samochód, w którym jedzie sobie manekin. Robimy to tak długo, póki nie uzyskamy satysfakcjonującego poziomu bezpieczeństwa.

A gdybym wam powiedział, że ten manekin to facet? Nie manekina (manekinka?) tylko manekin. To ma znaczenie. Większe niż myślicie. Pokazuje to przekonująco Caroline Criado Perez, autorka książki Invisible women. Data bias in the World Designed for Men2. Mocna lektura.

Otóż manekin, którego niewdzięczną pracą jest rozwalanie się o mur z zadaną prędkością, ma 177 cm wzrostu i waży 76 kilogramów. Reprezentuje więc „typowego mężczyznę”. Kobiety, jak każdy wie, są zazwyczaj niższe, lżejsze, ale mają też istotnie odmienny kształt miednicy i inaczej rozbudowane mięśnie karku.

Sprawia to, że często niewygodnie im się jeździ samochodami zaprojektowanymi dla kierowców, nie kierowczyń. Ale drobne niewygody to dopiero początek historii.

Przez całe dekady samochody testował wyłącznie manekin-facet – substytut kierowcy, nie kierowczyni. Kiedy w roku 2011 wprowadzono w USA jego kobiecą wersję (wciąż miała wiele wad, była raczej pomniejszoną wersją mężczyzny) – oceny wielu samochodów w testach zderzeniowych uwzględniających nową „pasażerkę” spadły dramatycznie. Oznacza to – ni mniej ni więcej – tylko, że samochody dotychczas wcale nie były tak bezpieczne, jak twierdzili producenci. A raczej: były bezpieczne, ale tylko dla mężczyzn.

Obszerne badania statystyk wypadków w USA w latach 1998-2008 pokazały jednoznacznie, że przy porównywalnym wypadku ryzyko poważnych obrażeń u kobiety jest aż o 47% wyższe3. Czterdzieści siedem procent!

Criado Perez na podobnej zasadzie analizuje standardowe procedury odśnieżania, projektowania fortepianów, a także testowania leków4. Niemal wszędzie okazuje się, że badania naukowe i praktyczne testy prowadzono na „domyślnym podmiocie”, którym był „domyślny mężczyzna”. To pacjent, nie pacjentka, kierowca, nie kierowczyni (kierownica? ta kierowca?), pianista a nie pianistka.

Murarki i budowlanki mają istotnie większą szansę na poważny wypadek przy pracy, bo narzędzia, którymi się posługują, zostały zaprojektowane i przetestowane pod kątem bezpieczeństwa wyłącznie dla murarzy i budowlańców.

Niewidzialność kobiet jako domyślnych podmiotów różnych czynności sprawia, że w nauce i wzornictwie rozciąga się przepastna dziura. Dla wielu czynności po prostu brak nam danych reprezentujących połowę populacji!

„Nie będziemy tego testować od razu na kobietach, bo z tym są same kłopoty – mówią rozmówcy Criado Perez. – Na przykład mężczyźni nie miesiączkują”. No owszem. Ale to raczej dobry powód, żeby uwzględniać kobiety w badaniach i projektowaniu, niż żeby je pomijać.

Planeta niewidzialnych kobiet

Bardzo polecam książkę Criado Perez jest genialna. Ale nie oryginalna!

Na regale obok mnie stoi sobie książka Quanty A. Ahmed W kraju niewidzialnych kobiet – fascynująca opowieść brytyjskiej lekarki, która podejmuje pracę w Arabii Saudyjskiej. Jean R. Renshaw napisała pracę Kimono in the Boardroom. The Invisible Evolution of Japanese Women Managers o przemianach w japońskim biznesie a Donna L. Halper i Donald Fishman swoją pracę na temat historii kobiecych gwiazd zatytułowali Media, Communication, and Culture in America Invisible Stars. Wyłania się wyraźna prawidłowość, prawda?

Służące i sekretarki, aktywistki i migrantki, ale też zwykłe konsumentki, kierowczynie, pacjentki, wyborczynie, chirurżki, pilotki i gościnie. Na wszystkich kontynentach, w różnych okresach historycznych i różnych pozycjach społecznych, kobiety obdarzane były niezwykłą mocą niewidzialności. Niestety moc ta nie zmieniała kobiet w superbohaterki rodem z komiksów. Przeciwnie. Ta dziwaczna niewidzialność czyniła – i wciąż czyni – bardziej podatnymi na dyskryminację, wykluczenie, a także – co przerażająco wyraźnie pokazują dane – ciężkie urazy w wypadkach.

Niełatwo to zmierzyć, ale jako semiotyk jestem niemal pewny, że niechęć do słowa „gościni” ma jakiś związek z tym, że co zajrzę w telewizor, to w studio siedzą sami mężczyźni. Mieli być goście programu – są goście.

Na niewidzialność kobiet w licznych obszarach życia składa się wiele czynników. Sposób zaprojektowania przestrzeni, bodźce ekonomiczne, biologia, uprzedzenia, tradycja, religia… Ale język jest niewątpliwie jednym z najważniejszych czynników, umożliwiającym konsolidację pozostałych.

Dlatego warto powalczyć. Nie z językiem, ale właśnie o język. Język, którym mówimy, kształtuje naszą rzeczywistość, ale zarazem pozostaje tworem bardzo plastycznym. Każda wypowiedziana „chirurżka”, „muzykolożka” i „profesora” przybliża nas o krok do świata, w którym kobiety wykonujące te funkcje nie są już niewidzialne (ani przebrane za mężczyzn).

Bolą uszy? Niech bolą. Pobolą, pobolą i przestaną.

Mam nadzieję, że teraz nie zabrzmi to zbyt na wyrost, jeżeli powiem, że żeńskie końcówki to sprawa życia i śmierci. Następnym razem, kiedy zawahacie się, przed powiedzeniem „kierowczyni” (kierowniczka? kierownica?) pamiętajcie, że ktoś może przez was zginąć.

 


1Choć badania są i pokazują, że np. użycie żeńskiej nazwy zawodu w aplikacji o prace może zmniejszyć nasze szanse jej otrzymania, zwłaszcza, jeżeli oceniający ma konserwatywne poglądy (Magdalena Formanowicz i in., Side effects of gender‐fair language: How feminine job titles influence the evaluation of female applicants, „European Journal of Social Psychology, 43, Issue 1, February 2013).

2Caroline Criado Perez, Invisible women. Data bias in the World Designed for Men, Abrams Press 2019.

3Dipian Bose i in., Vulnerability of Female Drivers Involved in Motor Vehicle Crashes: An Analysis of US Population at Risk, „Am J Public Health”. 2011 December; 101(12): 2368–2373. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3222446/

4W przypadku leków sytuacja jest bardziej skomplikowana. Dopuszczenie do użytku wymaga testów prowadzonych również na kobietach, ale ze względów praktycznych często pierwszą rundę prowadzi się wyłącznie na mężczyznach. Powoduje to, że do obiegu mogą nigdy nie trafić leki leki, które wykazywałyby pozytywne działanie wyłącznie w przypadku kobiet! Nie działa na mężczyzn = nie działa.

Czytaj dalej

25 Comments

  1. Poza tym w samochodach pasy bezpieczeństwa są zaprojektowane dla mężczyzn. Nie są wskazane dla kobiet w ciąży, bo ich układ na ciele człowieka (przez brzuch) może spowodować urazy u płodu w razie gwałtownego hamowania.

  2. Ech, argumentacja na siłę.
    Jak mówisz, język się zmienia i dostosowuje, ale ponad wszystkim język jest i będzie praktyczny, jakkolwiek mocno by niektóre grupy nie tupały nóżkami.
    I tak praktyczniejsze pozostanie wymienianie jednego rodzaju przy stosowaniu liczby mnogiej, tak samo jak wiele form żeńskich po prostu się nie przyjmie, bo właśnie to, że kłują w uszy, będzie je czynić niepraktycznymi (bardziej praktyczne będzie bycie panią psycholog, niż łamanie sobie za każdym razem języka przy psycholożce).
    Wydumane problemy (w przeciwieństwie do testowania tylko w odniesieniu do statystycznego mężczyzny).

    • „Język nie tylko odzwierciedla naszą rzeczywistość. On także ją kształtuje.” Dlatego to wcale nie są wydumane problemy

    • Naiwna konstatacja. Przyjmą się, jeśli będą stosowane. Użytkownicy wybiorą te najczęściej używane. Niegdysiejsze błędy językowe np. słuchać się kogoś, dzisiaj jest uznawane za normę, choć dla mnie brzmi jak zgrzyt. Tyle.

    • W sumie zabawne, że wspominasz psycholożkę. Ja nigdy nie miałem nic wspólnego z jakimś konkretnym przedstawicielem tego zawodu, wiadomo mówiło się „idź do psychologa” (wiadomo faceta) ale nie znałem żadnego osobiście. Ponad 3 lata temu, mój syn poszedł do przedszkola, w przedszkolu jest psycholożka, tak o sobie mówiła na zebraniu, tak jest napisane na tablicy z godzinami pracy itd. Jakoś nie zastanawiałem się wówczas, że to jakaś „dziwna” forma, po prostu takiego określenia wobec niej przez te ponad 3 lata używałem, mój obecnie już prawie 6 letni syn nigdy chyba nie znał innego, od zawsze jest to pani psycholożka, tak samo żona i kilka setek innych rodziców z przedszkola. Dopiero jakiś tydzień temu przeczytałem gdzieś „hahahah psycholożka, co za głupie słowo” dopiero wtedy przypomniało mi się, że mówiło się „pani psycholog” i jak tak pomyślałem o niej w ten sposób, to wydało mi się to jakieś dziwne i niepoprawne. Tak samo jakbym o kucharce powiedział kucharz, albo o woźnej woźny, a o nauczycielce nauczyciel. Widać więc, że to twoje stwierdzenie że coś się nie przyjmie, lub jest nienaturalne, wynika co najwyżej z twoich osobistych przyzwyczajeń, a nie jest jakąś obiektywna miarą rzeczywistości.

  3. „Bolą uszy? Niech bolą. Pobolą, pobolą i przestaną”

    Nie gdyż nieprawda. A poważniej to co prawda nie jestem lingwistą ale nie słyszałem o przypadkach, gdy język kształtował by się w kierunku trudniejszego do wymówienia i bardziej skomplikowanego. Skromne i fragmentaryczne przykłady, którymi mnie tu i ówdzie raczono sugerują raczej proces odwroty – ułatwiania wymowy, upraszczania i ujednolicania brzmień. Stąd też nie wróżę przyszłości „chirurżce”, bo to łamaniec trudny nie dla uszu a dla języka. Uważam, że jeśli już ktoś chce zmieniać świadomość ludzi manipulując ich językiem, to powinien jednak odrobinę się postarać i wyjść poza wytworzone mechanicznie formy żeńskie – może i formalnie poprawne, ale niestrawne dla uszu. Może czas wykazać się odrobiną odwagi i inwencji, wykonać samemu jakąś pracę i zaproponować formę łatwą w wymowie i przyjemną w brzmieniu, choćby i nie wynikającą z wąsko stosowanych reguł obecnie skodyfikowanegio języka? Dlaczego nie „chirużka” albo nawet „chiruszka”? Patrząc na stare teksty w języku polskim to wcale nie powinna być aż taka ekwilibrystyka, jak może się to wydawać.

    W każdym razie pole do popisu jest spore, należy przysiąść fałdów i zabrać się za żmudne wymyślanie i promowanie nowych słów – co jest drugą rzeczą, której w tym wpisie nie widzę – a to co jest w zamian mnie razi. Co konkretnie? Ano kierownicze podejście „ja mam ideę a wy ją łapcie”, podejście „a cierpcie sobie” połączone ze słabym szantażem moralnym: „jak tego nie zrobicie to zabijacie”. Czyli już nie język, który ma wspierać, łączyć, ułatwiać porozumiewanie się i lepiej opisywać rzeczywistość – a niewygodne kajdanki, naciągane pod presją. Co nawet jest zrozumiałe, bo szybciej kogoś zaszantażować niż przekonywać – ale raczej nie wróżę powodzenia.

    • Na przykład język francuski w XVIII wieku kształtował się i ujednolicał na terenie całego kraju w kierunku trudniejszego, bardziej skomplikowanego gramatycznie niż to, czym mówiła większość populacji. To samo dotyczy tureckiego w XX wieku i kilku innych największych języków świata. Polecam książkę „Babel” ale też rozmowę z lingwistami. Ludzie nie zawsze działają „racjonalnie”. Jeśli będziemy chcieli, żeby język kształtował się w kierunku uwzględniania w nim kobiet, to tak po prostu będzie. Może wysiłek, jaki musimy włożyć w używanie form żeńskich uznamy za wart zmian, które chcemy wywołać. Kobiet jest więcej niż mężczyzn, ale przyzwyczajenia są czasem bardzo silne, więc ciekawa jestem, jak sprawa się potoczy…

  4. Krążą gdzieś w memosferze takie „zagadki” wskazujące, jak domyślnie przy pewnych zawodach wyobrażamy sobie mężczyznę – coś z chirurgiem właśnie tam było, nie wiem, czy dobrze pamiętam: do chirurga w szpitalu dzwoni telefon, mąż informuje, że ich syn miał wypadek. Pytanie „jak to możliwe” i odpowiedź: „chirurgiem jest kobieta”.
    A „chirurżka” jest przerażająca głównie ze względu na piekielnie trudną wymowę. Większości ludzi będzie z tego wychodzić jakaś „chiruszka”. Ja bym tam wolała chirurginię.

  5. Skład osób komentujących w studio zależy od empatii/kultury prowadzącego, nei od określenia gość, gościni.

    • Na skład osób komentujących w studio teraz i w przyszłości, ma wpływ to, czy mówimy o nich tylko gość, czy gość lub gościni. Myślę, że ten tekst dostatecznie to wyjaśnia.

  6. Kierowca to przecież wyraz wskazujący na kobietę. Niech sobie faceci szukają prawidłowej formy. Ja bym chciała chirurga zmianst chirużki, psychologa zamiast psycholiżki i stażaca zamiast strażaczki. Czemu mamy się zdrabniać? Zdrobnienia infantylizują. Nawet ta przedwojenna posłanka mi się nie podoba. Skoro posłanka to może posłanek dla faceta? Nie mogłaby być zwykła posła?

  7. żeńskie końcowki są rzadkie bo mało kobiet wykonywało daną czynność. Czy mało kobiet wykonuje daną czynność bo nie ma żeńskich końcówek? To jest trudne do wykazania. Myślę, że ludzie testujący bezpieczeństwo samochodów czy narzędzi budowlanych kierowali się raczej statystykami użytkowników a nie językiem (inne jezyki często lepiej sobie radzą z żeńskimi nazwami).

    Problem z żeńskimi wyrazami oprócz tego, że głupio brzmią (być może uda się do nich przyzwyczaić) jest taki, że niosą ze sobą od razu pewną informację.
    Kiedy mężczyzna mówi, że jest naukowcem, to jest naukowcem.
    Kiedy kobieta mówi, że jest naukowcem, to jest naukowcem.
    Kiedy kobieta mówi, że jest naukowczynią, to jest kobietą, zwolenniczką używania feminatywów i dopiero potem naukowcem.

    no i mamy błędne koło, bo dopóki taka końcówka jest mało popularna, niesie za sobą dość wojowniczy przekaz, więc niewiele kobiet chce się pod tym podpisać, więc jest mało popularna.

    • Serio? Statystykami? Czyli statystycznie przed 2011 rokiem kobiety nie prowadziły samochodów?!
      To pisałam ja – filolożka, tłumaczka i zwolenniczka używania feminatywów!

  8. A propos badań na klinicznych – z perspektywy osoby analizującej dane z badań klinicznych mogę powiedzieć, że tutaj na szczęście nie ma aż takich powodów do niepokoju.

    Głównym powodem testowania leków w I fazie badań na zdrowych, młodych mężczyznach jest to, że nie mają cykli hormonalnych tak jak kobiety. Otrzymujemy w ten sposób bardziej wiarygodne, powtarzalne wyniki i prościej je się analizuje statystycznie. W żargonie statystycznym mówi się, że są mniej „zaszumione” (signal to noise ratio).

    I faza badań (a są 3 + pharmacovigilance, gdy lek jest już na rynku) jest jedynie po to, by odpowiedzieć na pytanie czy lek jest bezpieczny i nietoksyczny dla ludzi.

    Co ważne, nie ocenia się w tej fazie skuteczności, ponieważ od tego jest II faza badań, gdzie kobiety są już włączone.

    Po I fazie badań wiemy, czy lek jest bezpieczny lub nie.
    Jeśli jest niebezpieczny/toksyczny, to nie chcielibyśmy go podawać ani kobietom ani mężczyznom, ani nikomu innemu.
    Jeśli lek był bezpieczny tylko dla mężczyzn (co jest mało prawdopodobne), a nie dla kobiet, to wyjdzie to i tak w II fazie badań.

    Dodatkowo jest to najbardziej ryzykowny etap badań. Jeśli lek jednak okaże się toksyczny, prościej jest udzielić pomocy właśnie zdrowemu młodemu mężycznie. Właśnie dlatego, że dane kliniczne nie zależą od cyklu hormonalnego i osoba badana, nie zajdzie nagle w ciążę. (Oczywiście, jeśli są to leki dedykowane dla kobiet to są testowane na kobietach.)

    Ponadto, decyzji na temat rozpoczęcia podawania leku ludziom nie podejmuje się pochopnie. Poprzedza ją wiele etapów modelowania matematycznego, przeglądu literaturowego, testów na ludzkich komórkach, zwierzętach (obu płci) i analiz dotyczących podobnych produktów.

    W interesie firmy farmaceutycznej, pacjentów, komisji bioetycznych i lekarzy nie leży nie wejście na rynek z działającym lekiem. Nie leży też niepotrzebne narażanie ludzi.

    Z powyższych powodów niewłączanie kobiet w I fazę badań klinicznych nie jest bezrefleksyjną dyskryminacją.
    Przeciwnie – jest rozsądnym, farmakologicznie i statystycznie uzasadnionym standardem bezpieczeństwa, który zapewnia jednozanczność danych toksykologicznych.

  9. „ale ze względów praktycznych często pierwszą rundę prowadzi się wyłącznie na mężczyznach.”

    To nie sa względy „praktyczne”, to oszczędność.

    Ze względu na OSZCZĘDNOŚĆ badania najpierw nie są przeprowadzane na kobietach.

    Również użycie właściwych argumentów kształtuje rzeczywistość: Jesteś dusigroszem czy „parktyczny” jako badacz?

    • Nie zgodzę się, względy praktyczne mają w badaniach klinicznych o wiele szersze znaczenie niż oszczednosc. Pierwsza faza jest akurat najtańszą fazą (bo bierze w niej udział najmniej pacjentów i ośrodków badawczych). Plus wszelkie niedopatrzenia i chodzenie na skróty w pierwszej fazie oznacza o wiele wyższe koszty w kolejnych fazach.
      Niestety proste wytlumaczenie, że kobiety są dyskryminowane, bo tak taniej tutaj nie działa.

  10. W najnowszym filmie pana Tarantino („Pewnego razu w Hollywood”) młodociana gwiazda kina cedzi przez zęby do bohatera granego przez Leonardo DiCaprio: „Jestem aktorem. Podkreślam, aktorem – ponieważ słowo aktorka uważam za śmieszne”. Złośliwy Quentin dobrze wiedział co robi umieszczając ten dialog w filmie! A owszem, warto sobie przypomnieć, że – jeszcze 30 lat temu – feministki rozrywały na sztuki za używanie żeńskich końcówek, uważając je za ośmieszające. Nie chciałbym być w skórze kogoś, kto w owym czasie użyłby do pani policjant słowa „policjantka” albo do pani sędzi określenia „sędzina”… A teraz? Wszystko się odmieniło o 180 stopni.

    Warto spojrzeć prawdzie w oczy. Tu nie chodzi o żadną „równość”, „niewidoczność kobiet” czy ich nieobecność w pewnych zawodach – to są wszystko uzasadnienia dorabiane post factum. Tak naprawdę chodzi tylko o DRAKĘ. Feministkom zawsze chodzi o drakę – żeby jedni pluli, drudzy klaskali (drugie klaskały…) – i było o nas głośno. Osiągniemy cele? To dalej osiągać przeciwne! (Idę o zakład, że jeszcze za naszego życia za „chirurżkę” będzie można od takich pań dostać po pysku – i że jakaś część osób, niczym Autor, będzie otwarcie deklarować, że „zmienili zdanie” – ale większość po prostu zapomni, że kiedyś było inaczej – i wszyscy będziemy doskonale „rozumieli”, że to przejaw męskiej opresji przecież!)

    „ale co to właściwie znaczy? czy każda zmiana nie jest w języku naturalna?” – ręce opadają… Owszem, nie każda. Jest zasadnicza różnica czy język „się zmienia” (oddolnie) czy też „jest zmieniany” (odgórnie) – i czy ludzi terroryzuje się jakimiś „poprawnymi” formami, wprowadza różne neologizmy itd. To drugie jak dotąd charakteryzowało tylko totalitaryzmy – a w każdym razie nadal o tym, że żyjemy w normalnych czasach nie świadczy.

  11. Jest jeszcze jeden problem o którym autor nie wspomniał. „Chirurg” wskazuje zarówno na mężczyznę (może i domyślnie) ale również na kobietę natomiast „chirurżka” wyłącznie na kobietę. Nikt raczej się nie zdziwi jak po zdaniu „przyjdzie do pana chirurg” zobaczy kobietę ale jak będzie czekał na chirurżkę, a przyjdzie mężczyzna to pomyśli, że zaszła pomyłka. Podobnie jest w stosowanym ostatnio nagminnie „Polki i Polacy”, „obywatelki i obywatele” itp. czy to oznacza, że jak ktoś powie „Polacy” tzn., że ma na myśli wyłącznie mężczyzn? Problemem jest brak form płciowo obojętnych czyli bez konotacji z płcią. Do tej pory funkcje taką spełniały formy męskie, teraz, jeżeli ktoś użyje formę męską oznaczać będzie, że chodzi o mężczyznę? Zastanawiam się, czy właśnie używanie feminatywów nie będzie bardziej seksistowskie niż przyjęcie, że „chirurg” to nazwa zawodu, a nie koniecznie płeć osoby go wykonującej.

  12. No ale skoro, w angielskim problem prawie nie występuje to kozę są jakieś pozajęzykowe przyczyny zatrudniania męskich manekinów?

  13. W sumie trafne, że strona nazywa się „mitologia”. Powyższy tekst jest świetnym przykładem jak na podstawie, owszem, faktów, jednak faktów wyrwanych z kontekstu, tworzą się mity.
    Weźmy np. bezpieczeństwo samochodów. Owszem, manekiny były dostosowane do budowy „typowego” mężczyzny, przez co gorzej chroniły kobiety. Ale też gorzej chroniły mężczyzn odbiegających od „standardowego” modelu – wyższych, niższych, szczupłych, otyłych… itd. Nie sądzę jednak, by wynikało to z jakiegoś międzynarodowego spisku inżynierów samochodowych wymierzonego w wysokich mężczyzn, ale po prostu z uproszczenia przyjętego modelu. Podobnie było z fotelikami samochodowymi dla dzieci, które były testowane na manekinach odpowiadających z grubsza 2-3 latkom. Kiedy w taki fotelik wsadzono manekin odpowiadający starszemu dziecku (takiemu 6+) okazało się, że takie zabezpieczenie zachowuje się GORZEJ niż gdyby dziecko siedziało zapięte w zwykłe pasy dla dorosłych, co najwyżej posadzone na wysokiej poduszce. W efekcie przeprojektowano foteliki, pojawiła się dodatkowa „stopa” lub dodatkowy pas zahaczany z tyłu. I znowu, nie wynikało to z tego, że sześciolatki były „niewidzialne”, dla badaczy ale z tego, że nikomu nie przyszło do głowy by sprawdzić, czy niewielka w sumie różnica wzrostu nie implikuje nieprzewidzianych efektów.
    Temat badań lekarskich dość dobrze podsumowała tu OLA – ja zwrócę uwagę tylko na to, że wg niektórych wykorzystywanie mężczyzn w pierwszej (najbardziej ryzykownej) fazie badań jest owszem, przejawem dyskryminacji, ale mężczyzn. Bo to oni ponoszą największe ryzyko i koszty związane z testami.
    Są choroby, takie jak np. rak sutka, gdzie diagnostyka męska z kolei w ogóle nie istnieje, choć mężczyźni jak najbardziej również mogą na tego raka chorować. Nie wynika to jednak z dyskryminacji, ale z tego, że rak sutka u mężczyzn jest mało popularnym nowotworem.
    Na koniec o narzędziach. Tak się składa, że zawody takie jak murarz, cieśla, itd. są zdominowane przez mężczyzn. I nie wynika to bynajmniej z tego, że nie spopularyzowały się określone końcówki (co bowiem w krajach anglosaskich, gdzie końcówka jest taka sama niezależnie od płci?), ale dlatego, że są to zawody trudne i kontuzjogenne. 20 najbardziej ryzykownych (śmierć lub trwałe kalectwo) zawodów świata jest zdominowanych przez mężczyzn. Nie dlatego, że kobietom zabrania się do nich dostępu, ale dlatego, że kobiety się po prostu do nich nie garną. Wśród tych zawodów są takie atrakcyjne zawodowo pozycje jak np. śmieciarz, górnik, spawacz, mechanik samochodowy, itd. Przypuszczam, że w tych zawodach więcej jest osób leworęcznych (którymi również nikt się nie przejmuje podczas projektowania narzędzi) niż kobiet.
    To może należałoby wymyślić jakieś końcówki dla mańkutów, jeśli wprowadzenie końcówek miałoby magicznie rozwiązać problem i zmniejszyć wypadkowość?

  14. Jestem filologiem to się wypowiem 🙂
    Problem z językiem polega na tym, że nie jest on, jak chciałaby prawica, odwieczny, niezmienny i niemal „wyryty w skale”.
    Nie jest też, jak chciałaby lewica, dowolnie formowalny i plastyczny.
    W związku z powyższym, pewne zmiany przyjmują się w nim szybko i naturalnie, inne wcale. I nie ma niestety sposobu, by bezbłędnie przewidzieć, które konkretnie, jaki czeka los w toku rozwoju języka.
    Zwykle łatwiej swą drogę do powszechnego użycia znajdują formy uznawane za praktyczne, niezastępowalne, łatwiejsze do wymówienia itp. Ale i od tego typu reguł istnieją liczne wyjątki.
    Twierdzenie, że możemy tak sobie rzucić pewien zestaw słów, one pomęczą nasze uszy, ale w końcu się przyjmą, jest utopią a z punktu widzenia lingwistyki, by nawiązać do tematu bloga, „pseudonauką”.
    To tak prosto nie działa.
    W dyskusjach lewicy z prawicą, zawsze zabawne jest to, że jedna widzi wyzwolenie przez wielkie W w tym, w czym druga widzi upadek przez wielkie U.
    Tworzenie feminatywów to fajna zabawa lingwistyczna, która pozwala zwrócić uwagę na stereotypy zaklęte w języku, tworzyć formy bardziej inkluzywne i adekwatne do współczesności, z których niektóre z pewnością się przyjmą. Choćby dlatego, że jak słowo „posłanka”, są praktyczne i wygodne. Inne pewnie nie. Polszczyzna od tego nie zginie. Ale patriarchat też nie.

    Niewątpliwie, zarówno w języku, jak i w wielu innych dziedzinach występuje problem traktowania mężczyzny i męskości jako normy. Dlatego testy przeprowadzamy na „randomowym ludziku”, forma męska oznacza mężczyzn i kobiety a Smerfetka jest jedna w smerfowej wiosce. Jej „kobiecość” jest cechą pierwszorzędną i wyróżniającą ją spośród stada niebieskich chłopców, których płeć jest drugorzędna wobec ich zainteresowań, cech osobniczych itp.
    Ale najciekawsze w tym zjawisku jest to, że ono działa również w drugą stronę. Tę, z której dostrzeżeniem feministyczne autorki miewają problem.
    Ponieważ mężczyzna jest w kulturze „normą” a kobieta od niej odstępstwem, nie tylko miewamy problem z dostrzeżeniem kobiet w kontekście ogólnoludzkim, ale też mężczyzn w aspektach charakterystycznych dla ich płci.
    Mówiąc prościej i podając przykład:
    kobiety są wykluczane z testów aut, bo „randomowy ludzik” to koleś a „przeciętny pacjent”, testujący leki, okazuje się zwykle mężczyzną.
    Ale na odwrót, każda rozgarnięta dziewczyna, nawet w Polsce, ma dużą świadomość na temat raka szyjki macicy. Przeciętny chłopiec ma bardzo niską świadomość na temat raka jąder i niewiele się robi, by to zmienić. Takich przykładów jest oczywiście mnóstwo.

  15. Zabawne że podaje się chirurżkę i psycholożkę jako nienaturalne wygibańce dla języka, a dla mnie są zupełnie naturalne i łatwe do wymówienia. Jak widac kwestia przyzwyczajenia. Zresztą dawniej feminatywy były używane i ludzie dawali radę.

    W temacie także niewidzialnych kobiet polecam Ted Talk „Women are not small Men: a paradigm shift in the science of nutrition”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.