Straszne vs. groźne. Jak bać się mądrze?

Czym jest „niebieski wieloryb”? Co mówi nam o współczesnej kulturze i roli w niej lęku? Czy powinniśmy się go bać? Czy jest groźny, czy tylko… straszny?

Tydzień upłynął mi pod znakiem „niebieskiego wieloryba”. Nie, nie zapisałem się do gry, żeby poznać ją od środka. (Dziękuję wszystkim czytelnikom, którzy udzielali mi tej rady. Wciąż uważam, że jest świetna, po prostu nie miałem czasu.) Nieustannie odbierałem natomiast kolejne maile, wiadomości, komentarze i telefony. Raz że wieloryb to prawda, bo ktoś sobie wyciął F50 na przedramieniu, a ja jestem gnojkiem i mordercą dzieci, bo bagatelizuję zagrożenie; a to znów, że nieprawda i że dziękują za „zaoranie w punkt” głupich dziennikarzy. A to żeby opowiedzieć w TV o zagrożeniach, a to żeby napisać w gazecie, żeby w TV nie mówili, bo to szkodliwe… Innymi słowy – jeden z tych tygodni, kiedy człowiek czuje się potrzebny, pije za dużo kawy i myśli o zmianie branży na coś spokojniejszego (inżynier pirotechnik na przykład).

Ale dość już o mnie – jak mówią w poradniku „Jak zostać Kasią Tusk w weekend”. Teraz napiszę coś o was.

Zbierałem sobie kolejne doniesienia, katalogowałem, wpisywałem w tabelki (każdy bohater ma swoją supermoc…) i próbowałem się zastanowić, jakąż to lekcję możemy wyciągnąć z tego całego zamieszania. Nie będzie to na pewno lekcja dotycząca „niebieskiego wieloryba”. Ten bowiem dziś jest, jutro zastąpi go coś całkiem innego. Nie będzie to nawet jakaś głęboka mądrość dotycząca internetu, bo tego rodzaju fale paniki, choć dzięki internetowi osiągają błyskawicznie olbrzymi zasięg, to przecież są znacznie starsze niż współczesne social media i – jak można się spodziewać – będą częścią naszego życia długo po tym, jak ostatnie konto na Facebooku podzieli smutny los MySpace’a.

Nie pytajmy więc, co my możemy powiedzieć o „niebieskim wielorybie”. Zapytajmy raczej, co „niebieski wieloryb” mówi nam o nas! A udziela nam niezwykle pouczającej lekcji o społecznych mechanizmach lęku.

Lęk jako zjawisko kulturowe

Często podkreślam na tym blogu swoje dość specyficzne kompetencje. Niestety, znam się tylko na semiotyce. Nie będę więc mówił o lęku z punktu widzenia pedagogiki, psychologii czy neurobiologii, ale z punktu widzenia jedynej dziedziny, o której mam trochę pojęcia. A z punktu widzenia semiotyki da się opisać lęk wyłącznie jako zjawisko kulturowe – praktykę społeczną, która ma oparcie w określonych mediach, działaniach, grupach społecznych.

Być może na pierwszy rzut oka brzmi to trochę dziwnie. Przecież to, czy się lękam, nie zależy ode mnie. Nie sposób bać się na życzenie. I co wspólnego z lękiem mają jakieś „media”, „działania” czy „grupy społeczne”? Wspomniane neurobiologia czy psychologia miałyby tu pewnie kilka dalszych uwag…

Nim przejdziemy do lęku, przyjrzyjmy się bardzo krótko miłości. Z punktu widzenia psychologii to stan lub uczucie, z punktu widzenia neurobiologii (przynajmniej w moim, naiwnym jej rozumieniu) pewnie jakieś substancje w mózgu… To wszystko prawda! Ale według nauki o znakach i ich społecznym funkcjonowaniu miłość wiąże się z pewnymi (podejmowanymi lub nie) działaniami. Ma swoje symbole, rytuały, stosowne i niestosowne miejsca, odpowiedni język wyrazu… Najwyraźniej widać to w porównaniu historycznym. Jak obca i dziwna – mimo fundamentalnych podobieństw – może nam się nieraz wydawać miłość Parysa i Heleny, Tristana i Izoldy albo nieszczęśliwego Wertera… Miłość ma swoje formy kulturowego wyrazu, te formy zmieniają się wraz z rozwojem mediów – tweet wypiera serenadę pod oknem. W tej perspektywie miłość nie jest też, mimo całej intymności relacji, czymś, co dotyczy wyłącznie jednostek. „Zakochanie” jest czynnością społeczną. Podejrzewam (choć tu trzeba by spytać eksperta), że nawet na pozór bardzo „biologiczne” objawy (łomotanie serca, uczucie gorąca, zimna, czy co tam jeszcze) okazują się mocno zapośredniczone przez kulturowe normy.

No to teraz pomyślmy podobnie o lęku. Co o jego wzorcach i kulturowych sposobach wyrażania mówi nam „niebieski wieloryb”?

1. Lęk kontrolowany

Zasadniczo lęk nie jest przyjemnym uczuciem. Z drugiej strony jednak nie będzie odkryciem Ameryki stwierdzenie, że czasem lubimy się bać. W naszej współczesnej kulturze istnieje bogaty wachlarz praktyk, których celem jest kontrolowane wywoływanie lęku i jego (również kontrolowana) ekspresja. Horrory, wystawy obrzydliwości, straszne opowieści przy ognisku.

Takie sytuacje są możliwe tylko dzięki ścisłemu określeniu ram gatunkowych. Kiedy widzimy zakrwawionego człowieka z piłą mechaniczną – uciekamy lub walczymy. Lęk ma zmotywować nas do natychmiastowego działania. Kiedy tego samego człowieka widzimy w teatrze – traktujemy go jako część przedstawienia i cieszymy się naszym lękiem.

Nowe media sprawiły jednak, że granice konwencji nie są już wcale jasne i oczywiste! Jestem niemal pewien, że nieszczęsny „wieloryb” narodził się w jakiejś pierwotnej formie jako miejska legenda; opowieść czy nawet interaktywna zabawa służąca kontrolowanemu wywoływaniu i ekspresji lęku. Był po prostu nową wersją strasznych historii opowiadanych na koloniach.

O ile jednak straszne historie cichły i zamierały gdy nastawał świt (albo wchodził wychowawca), o tyle raz opowiedziany „wieloryb” płynął sobie dalej, napotykając kolejnych słuchaczy. Pierwszy poprawnie rozpoznał go jako straszną historię, podobnie drugi, trzeci i dziesiąty. Wcześniej czy później trafi się jednak ktoś, kto opowieść weźmie na poważnie. I albo zacznie naprawdę grać w wieloryba, albo czym prędzej złoży doniesienie do mediów, prokuratury i proboszcza. Najprawdopodobniej zaś (co chyba właśnie obserwujemy) zajdzie jakaś kombinacja tych dwóch wydarzeń.

2. Lęk kontrolowany drugiego stopnia

Zasadniczo lęk nie jest przyjemnym uczuciem. Z drugiej strony jednak nie będzie odkryciem Ameryki stwierdzenie, że czasem lubimy się bać. W naszej współczesnej kulturze istnieje bogaty wachlarz praktyk, których celem jest kontrolowane wywoływanie lęku i jego (również kontrolowana) ekspresja.

To nie błąd w Matrixie. Celowo skopiowałem pierwsze zdanie poprzedniej sekcji. Tyle, że teraz jesteśmy na kolejnym poziomie. Kontrolowany lęk wyrwał się z pierwotnego środowiska i wpadł w obszar kolejnego. Bo nie tylko dzieci na koloniach i twórcy horrorów lubią nam opowiadać straszne historie. Robią to także media. I nieźle na tym zarabiają. Bo lęk sprzedaje jeszcze lepiej niż seks!

„Panika moralna” to termin ukuty przez Stanleya Cohena na opisanie sytuacji, w której w mediach wybucha szał na ostrzeganie przed jakimś niebezpieczeństwem1. Choć niebezpieczeństwo to nie musi być całkiem fałszywe, to skala przerażania się nim jest nieproporcjonalna do rzeczywistego zagrożenia. Nie mam wątpliwości, że z tym dokładnie zjawiskiem mamy do czynienia w przypadku „niebieskiego wieloryba”.

W poprzednim tekście na ten temat analizowałem kolejne „artykuły” prasowe generowane metodą kopiowania i wklejania. Kiedy piszę te słowa, oficjalny komunikat w sprawie „wieloryba” wydała już Prokuratura Krajowa. Czytamy w nim m.in.:

Troje nastoletnich dzieci z powiatu pyrzyckiego (województwo zachodniopomorskie) dokonało samookaleczenia na ramionach i przedramionach poprzez wycięcie ostrym narzędziem symbolu f50. Prokuratura Okręgowa w Szczecinie prowadzi już śledztwo dotyczące namawiania tych trojga ustalonych dotychczas małoletnich do targnięcia się na własne życie. Doszło do tego za pośrednictwem internetu, podczas interaktywnej gry o nazwie „niebieski wieloryb”, która polega na wykonywaniu szeregu niebezpiecznych i groźnych poleceń.

Dotychczas w toku śledztwa ustalono, że ta interaktywna gra polega na tym, że bliżej nieustalona osoba, tzw. „opiekun”, wydaje uczestnikom gry różnego rodzaju polecenia i zleca zadania do wykonania, np. dokonanie samookaleczeń, oglądanie „strasznych” filmów, chodzenie po torach kolejowych. Ostatnim zadaniem w tej grze jest skok z dachu wysokiego budynku. Uczestnikami tej gry są osoby małoletnie, w wieku kilkunastu lat.

Interaktywna gra „niebieski wieloryb” po raz pierwszy pojawiła się w ubiegłym roku na terenie Federacji Rosyjskiej. Wskutek uczestnictwa w tej grze miało dojść od kilkunastu do nawet około 200 przypadków samobójstw wśród nastolatków. Co najmniej od kilku dni informacje na temat tej gry pojawiają się na polskojęzycznych stronach internetowych2.

Obawiam się, że trójka nastolatków faktycznie wycięła sobie na przedramieniu kojarzony z grą symbol. Ale… Po pierwsze, czy nikt z waszych znajomych nie wydrapał sobie niczego cyrklem? (Warto na marginesie zauważyć, że do większości artykułów na ten temat dołączane jest zdjęcie krwawego wieloryba znacznie starsze niż sprawa w Pyrzycach albo screen z rosyjskiego filmu antywielorybowego!3) Po drugie, w tekstach – nawet w komunikacie prokuratury – nieustannie powiela się niepotwierdzoną nigdzie liczbę 200 samobójstw. Nikt nie weryfikuje źródeł, nie ma przyrostu nowych informacji. (Na razie niewielkie wydają się rezultaty wspomnianego „toku śledztwa”) Po trzecie, wreszcie, skąd u diabła dzieci w Pyrzycach (albo ich internetowy mentor) dowiedziały się o tej wspaniałej rozrywce? Buszowały po runecie na zajęciach z rosyjskiego?! Może nad tym właśnie powinniśmy się zastanowić, nim zaczniemy tropić tajemniczego podżegacza z internetów, który wydaje małoletnim niebezpieczne i groźne polecenia…

3. Straszne vs. groźne

Jak zachować się w takich sytuacjach? Otóż warto sobie uświadomić, że „niebieski wieloryb” i podobne opowieści budzą nasz lęk, gdyż tak właśnie zostały zaprojektowane. Są więc doskonałym przykładem czegoś strasznego.

Ale to, co straszne, nie zawsze musi być groźne. Straszne jest to, co celowo budzi nasz lęk. Potwory z kosmosu, Cthulhu, brukselka. Żadna z tych rzeczy faktycznie nam nie zagraża. Niestety, problem działa też w drugą stronę. I tu pojawia się naprawdę istotna kwestia! Są rzeczy groźne, które nie są straszne! Te właśnie, paradoksalnie, zagrażają nam najbardziej, bo bagatelizujemy niebezpieczeństwo.

Mechanizmy paniki moralnej są tak niebezpieczne, bo często odwracają naszą uwagę od rzeczy groźnych, kierując ją ku temu, co straszne. Straszne sprzedaje się (i klika) lepiej niż groźne. Jesteśmy więc tak pochłonięci niebezpieczeństwem urojonym, że nie mamy czasu na zagrożenia jak najbardziej rzeczywiste. Opowieść o demonicznym porywaczu w Czarnej Wołdze może nas uczynić ślepymi na pedofila w najbliższym otoczeniu; wyobrażenia o krwiożerczych obcych pozwalają przymykać oko na okrucieństwo „swoich”; wizja straszliwie toksycznego glutenu sprawia, że nie zwracamy uwagi, czy dostarczamy organizmowi niezbędnych składników odżywczych. I tak dalej…

Jako strukturalista uwielbiam myśleć binarnymi opozycjami. A jeszcze fajniejsza od prostej opozycji jest tabelka 2×2. Taka jak ta:

STRASZNE

NIESTRASZNE

GROŹNE

smog, Donald Trump

globalne ocieplenie, natemat.pl

NIEGROŹNE

reptilianie, szczepionki, brukselka

zajączek

Warto czasem zabawić się w następującą grę. Które zjawiska wokół nas są straszne, ale nie groźne (reptilianie?, szczepionki?, brukselka?)? Które są groźne, a – niestety! – niestraszne? To wszystkie te niebezpieczeństwa, które bagatelizujemy (globalne ocieplenie, natemat.pl). Które zjawiska są i straszne, i groźne (smog, który jest niebezpieczny, a tym sezonie stał się też przedmiotem moralnej paniki)? Na koniec, dla uspokojenia, pomyślcie o rzeczach niegroźnych i niestrasznych (zajączek).

Bójmy się mądrze!

Warto też uświadomić sobie, że „straszność” jest w znacznej mierze produktem kultury. Straszność wynika ze straszenia! Nie unikajmy lęku. Natura (Bóg/kosmici) wyposażyła nas w niego nie przypadkiem. Pomyślcie tylko, ilu głupot uniknęła ludzkość (i wy osobiście!) dzięki zdrowej dawce lęku.

Dlatego warto się bać. Ale bójmy się mądrze! Straszmy tym, co naprawdę groźne. Nie marnujmy lęku tam, gdzie wcale nie jest on potrzebny. Dbajmy o mądre wyznaczanie granic konwencji, o budowanie mediów, w których legenda miejska nie staje się ani grą z dobrą wiarą przyjmowaną przez dzieci, ani newsem bezrefleksyjnie powtarzanym przez największe redakcje.


1Stanley Cohen, Folk devils and moral panics. The creation of the Mods and Rockers, 1973.

2Komunikat na stronie Polskiej Agencji Prasowej: http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/72302,25,pk-niebezpieczna-dla-dzieci-gra-o-nazwie-niebieski-wieloryb-dotarla-do-polski-(komunikat)

3http://gosc.pl/doc/3754107.Gra-ktora-doprowadzila-juz-do-samobojstwa-ponad-100-dzieci

Czytaj dalej

6 Comments

  1. Halo, halo, ale ‚niegroźna brukselka’ to już z Twojej strony mała przesada!
    A tak na poważnie to bardzo dobrze, że rozróżniłeś rzeczy straszne od groźnych. Ludzie zbyt często się zatracają, by móc spojrzeć na taką sytuację rozsądnie.
    Ostatnio czytałam książkę ‚NERVE’ i choć nie mam w zwyczaju czytać książek młodzieżowych, to ta akurat jakoś mnie przyciągnęła. Widzę ogromne podobieństwo między grą przedstawioną w tej pozycji a między ‚niebieskim wielorybem’ i zastanawiam się czy te dwie rzeczy są ze sobą jakkolwiek powiązanie.

  2. Czy przypadkiem nie powinno być słowo „lęk” zastąpiony słowem „strach”, gdy mówimy o emocji, która chroni nas przed niebezpieczeństwem? Zdaje mi się, że „lęk” oznacza to, co tworzy się z wyobrażeń, nie zaś co powstaje w sytuacji realnego zagrożenia.

  3. O moralne panice, ale także – co w kontekście Niebieskiego Wieloryba równie istotne – o tzw. „corruption of play” pisze, powołując się na pracę Ikuyi Sato, Bill Ellis w swojej książce „Raising the Devil” – polecam.
    Cytuję:
    Sato stwierdził, że teoria zabawy najlepiej pasowała do wielu ich [członków gangów motocyklowych] działań. Zabawa, argumentował, dostarcza grupom luźno sformułowany zestaw reguł, co należy robić, aby doświadczyć dreszczu emocji. Reguły te tworzą liminalną przestrzeń pośrednią między przestrzeganiem norm społecznych, a anarchią, poprzez zdefiniowanie sytuacji w kategoriach rzeczywistości alternatywnej. Taki zespół reguł i celów działania może zyskać całkiem złożoną postać; niemniej, jak zauważa Sato, „Dostarcza wielu możliwości improwizacji i często stanowi zarys dramaturgii, w oparciu o którą młodzież może stworzyć własny „uliczny mit”, lub inne narracje posiadające mniej lub bardziej charakterystyczną fabułę i motywy. Dramaturgia owa jest dosyć elastyczna, by pozwolić każdemu z uczestników na znaczny stopień improwizacji (201-2) . Elementem takiego „ulicznego dramatu” jest przesadne i zniekształcone naśladownictwo ról dorosłych, i Sato sugeruje tu analogię z rytuałami przejścia rodem z krajów Trzeciego Świata, w których „niektóre wartości, normy, i sposoby zachowania występujące w codziennym życiu przedstawione są w sposób dramatyczny, komiczny i groteskowy” (200).
    W wielu wypadkach, to czego owi nastolatkowie doświadczają w czasie takich rytuałów nie wywiera istotnego wpływu na ich światopogląd; owszem, w pewnym sensie stanowić one mogą wyraz uznania dla norm świata dorosłych. Jednak ten rodzaj zabawy może także dać pole dla poważnych aktów sprzeciwu względem represyjnych figur będących wzorcami postępowania, i w związku z tym może stać za nim poważna motywacja. Ikuya Sato zauważa, iż tam, gdzie występuje
    „zachwianie równowagi pomiędzy tymi dwoma standardami zachowań;’ i młodzież nie jest w pełni przekonana do oficjalnych definicji porządkujących codzienne życie, może mieć miejsce „popsucie zabawy”. Uczestnicy, w głębi serca mający dwuznaczny stosunek co do zasad rządzących światem dorosłych, mogą głęboko zaangażować się w sytuację grupową, która wówczas zyskuje własny impet. Takie zdarzenia pociągać mogą poważne konsekwencje: uczestnicy mogą złamać normy społeczne w stopniu uniemożliwiającym powrót do nich. W ten sposób zabawa może przestać być zabawą i wywołać prawdziwy lęk, lub dać początek działaniom fizycznym, które prowadzą do poważnych konsekwencji (203-5). Wynika z tego, że scenariusz ze snu na jawie, w którym poluje się na potwora, może popchnąć uczestników do aktów przestępczych takich, jak wandalizm, czy nawet okradanie grobów.

    Przepraszam za tłumaczenie „na szybko”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.