Menu Zamknij

Gwiezdne Wojny istnieją naprawdę!

Star Wars - legendy miejskie i teorie spiskowe o gwiezdnych wojnachPrzez prawie 4 minuty twórcy nowych Gwiezdnych Wojen przekonują, że to, co zobaczymy na ekranie, „będzie prawdziwe”. Słowo „rzeczywiste” [real], odmieniane przez wszystkie formy gramatyczne, przypadki, osoby, liczby i rodzaje pada z ust aktorów, specjalistów od efektów i tragarzy.
Parafrazując klasyka: jeśli twórcy space opery mówią ci, że „to jest naprawdę”, to wiedz, że coś się dzieje.

 

 

Oto film, o którym tutaj mowa:

Na jaką potrzebę odpowiada klip, który momentalnie podbił serca fanów na całym świecie? Żeby to zrozumieć, skonfrontować się musimy z jednym z najważniejszych, choć wciąż słabo poznanych, mitów współczesnej kultury. Lękiem przed utratą Realnego.

Ameryka nie istnieje

Jean Baudrillard i Umberto Eco już wiele lat temu ramię w ramię ogłosili, że Ameryka nie istnieje (diagnozę tę przypomniał niedawno polskim czytelnikom Wojciech Orliński). Nieistnienie Ameryki jest jednak lepsze i bardziej prawdziwe niż istnienie jakiegokolwiek miejsca na ziemi!

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się w parkach rozrywki. Krokodyl widziany „w naturze” czy nawet w ZOO – zauważa z przekąsem Eco – będzie zwykle spał albo na widok turystów czym prędzej czmychnie do wody. W Disneylandzie (i wszelkich jego klonach) symulakryczne krokodyle nieskończenie cierpliwie pozują do zdjęć w zapierających dech w piersiach plenerach, pogoda jest zawsze piękna, a jeśli akurat na zdjęciu wypadliśmy marnie – można dziś śmiało dodać – Photoshop zadba, byśmy kwaśną miną czy podkrążonymi oczami nie zepsuli ciężkiej pracy sztabów specjalistów od krokodyli, plenerów i pogody.

Ale na tym nie koniec magii Disneylandu. W rzeczywistości jego głównym zadaniem nie jest wytwarzanie symulacji, lecz ukrywanie faktu, że nierealne jest wszystko wokół nas. Disneyland, sugeruje Baudrillard, istnieje przede wszystkim po to, byśmy – skupieni na demaskowaniu jego iluzji – nie dostrzegli, że cały świat wokół stał się już dawno iluzją.

Lęk przed utratą Realnego

Współczesny świat (poczynając od Ameryki właśnie) zmienia się w jeden wielki park tematyczny. Stąd, jak twierdzi niezastąpiony Slavoj Žižek:

Współczesna amerykańska paranoja jest mniej więcej taka: mieszkaniec idyllicznego kalifornijskiego miasteczka – synonimu konsumpcyjnego raju – nagle zaczyna podejrzewać, że świat w którym żyje jest nieprawdziwy, że jest przedstawieniem odgrywanym po to, by go przekonać, że żyje w prawdziwym świecie, podczas gdy wszyscy otaczający go ludzie są aktorami i statystami monstrualnego show.1

Wszyscy znamy ten scenariusz organizujący niezliczone teorie spiskowe i legendy miejskie. Coś, w co wierzyliśmy, czym się emocjonowaliśmy, czym – powiedzieć można – żyliśmy, okazuje się jedynie farsą, iluzją, wyreżyserowanym przez kogoś spektaklem. Polska piłka nożna, zwycięstwa Lance’a Armstronga, rywalizacja między partiami politycznymi, lądowanie na księżycu – obszary, w których tropi się dziś iluzje sięgają właściwie wszystkich sfer życia.

Można w tym przypadku mówić chyba śmiało o nowej formie kulturowej obsesji – lęku przed utratą Realnego. Im bardziej realistyczne stają się techniki wytwarzania iluzji, tym bardziej boimy się, że otaczają nas już wyłącznie wyobrażenia i symbole.

Głównym oskarżonym o zabijanie Realnego staje się oczywiście Hollywood.

Lądowania na Księżycu nie było

Film science-fiction nakręcony przez Kubricka wydaje nam się czymś bardziej prawdopodobnym, znanym i bliskim niż ewentualne rzeczywiste lądowanie na księżycu.

Weźmy chociażby przykład teorii spiskowych i legend miejskich dotyczących pierwszego lądowania na Księżycu. Populara legenda miejska głosi, że Amerykanie – pragnąc za wszelką cenę wyprzedzić Rosjan, odnoszących dotychczas większe sukcesy na polu kosmicznych podbojów – sfingowali całą operację w hollywoodzkim studiu. (Wedle jednej z rozpowszechnionych wersji tej historii stał za tym sam Stanley Kubrick, a wskazówki potwierdzające taki bieg wydarzeń mają być rozrzucone po wszystkich jego kolejnych filmach2).

Trudno o wymowniejszy przykład lęku przed utratą Realnego. Film science-fiction nakręcony przez Kubricka wydaje nam się czymś bardziej prawdopodobnym, znanym i bliskim niż ewentualne rzeczywiste lądowanie na Księżycu.

W poszukiwaniu (straconego) Realnego

Lęk przed utratą Realnego staje się jednym z głównych motorów napędowych przemian kultury, które obserwujemy wszędzie wokół. Im łatwiej wytwarzać wszechobecne iluzje, tym bardziej na wartości zyskuje rzeczywistość, ze wszystkimi swymi wadami, chropawościami, nieporęcznością…

Przykłady? Za co (znów) cenimy polaroidy i kliszę fotograficzną? Dlaczego w świecie serwisów streamingowych ponownie atrakcyjna wydaje się płyta winylowa, a i kaseta VHS z hitem z lat ‘80 jawi się jako kuszący prezent na 30 urodziny… Pojedźcie na działkę (własną albo cudzą) i spójrzcie na meble, które jeszcze 10-15 lat temu skazaliście na wygnanie jako brzydkie, niepraktyczne, z minionej epoki. Ileż ich toporna drewniana faktura jest dziś atrakcyjniejsza od wszechobecnej doskonałości plastikowych symulakrów?

Ale to dopiero nowe Gwiezdne Wojny dostarczają ostatecznego dowodu!

To się dzieje naprawdę!

Jar Jar Binks jest tylko odległym wspomnieniem ze świata iluzji

Być może lądowania na księżycu nie było, ale Gwiezdne Wojny są naprawdę! Do tego przekonują nas twórcy nowego klipu reklamującego(?) kontynuację eposu George’a Lucasa. Dotychczas twórcy efektów specjalnych przypominali raczej prestidigitatorów, którzy skrzętnie ukrywali mechanizmy swoich sztuczek i niechętnie wpuszczali widzów za kulisy, pokazując im dzieła niegotowe.

Kiedy dawno temu, w odległej galaktyce zwanej Przełomem Tysiącleci George Lucas poprawiał starą Trylogię i kręcił nieszczęsne prequele, dodawaniu efektów specjalnych nie było końca. Im bardziej to, co zobaczył widz, różniło się od tego, co widzieli pracujący na planie członkowie ekipy, tym większy cud dokonywał się w filmie i poprzez niego.

Dziś – o czym poucza nas nowy klip – znaczenie napięcia między tymi dwoma spojrzeniami odwróciło się diametralnie! Widz zostaje wpuszczony za kulisy, celowo pokazuje mu się surowy, nieobrobiony materiał, by przekonał się, że to, co zobaczy na ekranie, istniało naprawdę na planie. Że aktorzy, kamerzyści i tragarze na własne oczy widzieli kosmitów i droidy, że faktycznie przechadzali się wnętrzami statków kosmicznych, że Jar Jar Binks jest tylko odległym wspomnieniem ze świata iluzji.

Sądzę, że warto się nad tym zastanowić, bo mamy tu do czynienia z czymś nowym i ciekawym. Niby prawdziwość nie podlega stopniowaniu, ale z jakiegoś powodu skłonni jesteśmy uwierzyć, że plan zbudowany z gipsu jest bardziej prawdziwy niż ten wygenerowany komputerowo; że istnienie materialnego śladu – choćby nawet z papier-mâché – chroni nas przed ostatecznym zagubieniem Rzeczywistego… „Keeping one foot in the pre-digital world” – streszcza filozofię twórców nowej trylogii sam Mark Hamill. Jak gdyby to twarde stąpanie (chociaż jedną nogą) po ziemi mogło nas uchronić przed ostatecznym zagubieniem się w feerii znaków pozbawionych znaczonego, którą od czasów Baudrillarda nieustannie straszą nas filozofowie.

W jednej z najbardziej nośnych symbolicznie scen nowego klipu widzimy nawet mechanizm nie-cyfrowej kamery, w którym faktycznie kręcą się jakieś trybiki. Jak gdyby pozwolono nam zajrzeć do wnętrza Mechanicznego Turka…

Choć brzmi to banalnie – rzeczywistość musi mieć swój ciężar. Nowy klip opiera się więc na prostej logice – im więcej gipsu, kartonu, plastiku i silikonu użyto przy kręceniu, tym więcej Realnego będzie w nowych Gwiezdnych Wojnach.

star wars large

Koszmar powraca…

Ukazanie klapsów otwierających kolejne ujęcia, długie ujęcia w szerokim planie przenoszące spojrzenie z akcji filmu na tych, którzy go kręcą, pokazywanie rekwizytów i planów od strony, która demaskuje ich umowność, strony, od której „nie powinny” być oglądane… Teraz już wiemy, że to wszystko dzieje się naprawdę!

Chyba, że…

Chwila… przecież wszystko to już jakby skądś znamy! To wcale nie rzeczywistość, a zestaw klasycznych chwytów z filmów o filmach! To samo widzieliśmy w Deszczowej piosence, w Artyście i wszystkich innych autotematycznych i autobiograficznych dziełach, w których Hollywood sam siebie celebrował i upamiętniał…

Jeszcze tylko chwila, jeszcze kolejne oddalenie, spojrzenie przebija ekran… Zaraz naszym oczom ukażemy się my sami oglądający film, w którym oglądamy film, w którym…


1Slavoj Zizek, Witajcie na pustyni rzeczywistości, http://magazynsztuki.eu/old/archiwum/lewa/polityka_8.htm

2O środowisku ludzi wierzących że filmy Stanleya Kubricka mają „drugie dno”, opowiada jeden z najlepszych dokumentów na temat teorii spiskowych Room 237 (reż. Rodney Ascher, 2012). Autor udziela głosu ludziom wierzącym, że wszystkie filmy Kubricka opowiadają o sfingowanym lądowaniu na księżycu, Holocauście, rzezi Indian amerykańskich lub kilku jeszcze innych „ukrywanych” sprawach. Oglądając fragmenty z filmów Kubricka zestawione przez Aschera z wypowiedziami tropicieli spisków (bez żadnych zbędnych wtrąceń i komentarzy autorskich!) nie sposób wprost oprzeć się wrażeniu, że coś musi być na rzeczy z ukrytym przesłaniem w filmach. Tylko która teoria byłaby prawdziwa?

Czytaj dalej