Czas pałkarzy. Jak polityka zmieniła się w monstrum i wyhodowała legiony zombie

Badacze z kręgu strukturalizmu i poststrukturalizmu powtarzają często, że to nie my mówimy językiem, lecz język mówi nami. To oczywiście tylko metafora. Chodzi o to, że język dostarcza nam gotowych określeń i schematów, które sprawiają, że jedne zjawiska dostrzegamy, a innych nie; że pewne rzeczy mają swoje nazwy, inne na zawsze pozostaną niewypowiedziane…

Czasami, gdy czytam tego rodzaju wypowiedzi Umberto Eco, Rolanda Barthesa czy Jeana Baudrillarda, lubię sobie myśleć: a co, gdyby to nie była metafora? Gdyby naprawdę język był inteligentnym, wszechpotężnym monstrum, dla którego jesteśmy tylko nosicielami? Jak w horrorze. Polska pod władzą potwora-mutanta, którego macki sięgają wszędzie. Kontroluje nasze umysły, żądając pełnego posłuszeństwa i zamieniając nas w legion bezwolnych zombie…

Czy nie tym właśnie stał się dzisiaj język polityki? Czy „pałkarze” – najgłośniejsi i najbardziej wyraziści uczestnicy naszej debaty publicznej – nie są czymś w rodzaju bezwolnych marionetek na usługach wszechpotężnego dyskursu?

Polityka jako monstrum

Polityka jest ważną częścią sfery publicznej. Powinna nas interesować, powinna nas emocjonować, powinna zajmować istotne miejsce w naszych rozmowach i działaniach. Coraz częściej odnoszę jednak wrażenie, że nasza polityka zmieniła się w coś w rodzaju krwiożerczego bloba-mutanta z filmów klasy D. Już nie tylko agresywnie upomina się o swoje miejsce w każdej rodzinnej dyskusji, programie radiowym, telewizji, na każdym internetowym forum. Ona wręcz dąży – z wielkimi sukcesami! – do całkowitego podporządkowania sobie wszystkich sfer życia. Stania się dla społeczeństwa jedynym źródłem emocji, tożsamości, nawet poczucia humoru.

Czy chcemy żyć w świecie, w którym my sami i nasi bliscy, aktorzy, działacze społeczni, nawet sportowcy zmienią w polityczne zombie podporządkowane logice wszechogarniającego konfliktu?

„A” jak antagonizacja

Wygraliśmy! Brawo my! Okazało się, że od początku mieliśmy rację. Do tego upór i konsekwencja w działaniu, odrobina szczęścia i oto jesteśmy w naszej Polsce. Co dalej? Czy kiedykolwiek zastanowiliśmy się nad tym? Jak będzie wyglądała Polska, w której zmasakrowaliśmy już wszystkich lewaków / zaoraliśmy faszystów?

Jakkolwiek rozstrzygnie się trwający konflikt (jeżeli w ogóle możliwe jest tu jakieś rozstrzygnięcie), zwycięzcy będą musieli z przegranymi żyć w jednym państwie, podróżować tymi samymi pociągami, uczyć się w tych samych szkołach. Dlatego, jeżeli nie rozważamy anihilacji jako metody, bez wysłuchania i zrozumienia racji drugiej strony nie ma skutecznej, mądrej walki o lepszą Polskę. Jest tylko okładanie się pałkami.

Rozumienie nie musi zakładać akceptacji, nie musi oznaczać, że rezygnujemy z własnych poglądów i wartości, w które wierzymy. Wręcz przeciwnie! Dla każdego, komu naprawdę zależy na tym, co robi, rozumienie adwersarza to ważny oręż w walce o pokrzyżowanie jego planów, a może nawet – środek przekonania go do swych racji. (Ale czy ktoś jeszcze wierzy w takie rzeczy? Przecież zdanie zmieniają tyko głupcy lub podążający za koniunkturą zdrajcy…)

Bez rozumienia skazani jesteśmy na spiralę wrogości. Nie ma mądrych zmian na skróty, bez przemyślenia tego, co się robi, bez wyobrażenia sobie tego, do czego właściwie dążymy, jakiej Polski byśmy chcieli, jakie w niej miejsce zajmować będą ci, z którymi się nie zgadzamy. A czy staramy się zrozumieć? Czy zastanawiamy się nad tym, jak świat postrzegają „ci drudzy”? Jak widzą nas i słyszą to, co mówimy? Czy nasz horyzont refleksji sięga poza „odsunięcie od władzy autorytarnego reżimu” lub „pokonanie tych, którzy chcieliby wojny domowej”? Czy pytamy, dokąd zmierzają nasze działania względem tej drugiej strony barykady?

„Z” jak zaorano

Analiza semiotyczna najważniejszych nurtów współczesnej polskiej debaty publicznej wskazuje na postępującą marginalizację rozumienia. Wzorem języka, w którym spierają się politycy, publicyści, ale też coraz częściej krewni przy imieninowym stole, jest twitteromowa. Wygrywa ten, kto w 140 znakach uderzy w przeciwnika dosadniej. Nawet ten limit wydaje się zresztą zawyżony – kto ma czas czytać takie długie tweety? Ideał dąży do 14 znaków – tyle wszak wystarczy, by napisać „lewak”, „faszysta” czy „zaorane”.

W ten sposób miejsce rzetelnej analizy argumentów drugiej strony zajmuje język pałkarzy. To określenie zaczerpnięte ze słownika samych spierających się, którzy mianem „pałkarzy” (lub innymi, gorszymi terminami) określają najbardziej agresywnych retorycznych szermierzy w szeregach wroga. Pałkarze, bulterierzy, cyngle i Goebbelsi harcują bowiem zawsze po drugiej stronie barykady, po naszej czasem ktoś powie coś dosadnie lub skrótowo, „zaora” (zaorze?) przeciwnika albo wręcz wytknie mu „samozaoranie”.

Choć pałkarzom wydaje się, że działają z własnej woli i we własnym imieniu, są w gruncie rzeczy bezwolnymi sługami języka polityki. Najbardziej agresywnymi i aktywnymi nosicielami wirusa zombie, rozprzestrzeniającymi go na wszelkie sfery dyskursu.

Nawet refleksyjni dawniej uczestnicy debaty muszą przyjąć język pałkarzy, żeby przetrwać na coraz ciaśniejszym medianym poletku, którego reguły wyznaczają klikalność i słupki oglądalności.

Język pałkarzy jest nie tylko krótki i dosadny. To przede wszystkim język totalnego konfliktu obejmującego całość rzeczywistości i dopuszczającego wszelkie metody. By dojść do takiego wniosku wystarczy włączyć radio albo rzucić okiem na gazetowe nagłówki lub wspomnianego Twittera. W przestrzeni publicznej rośnie znaczenie głosów skrajnych. Przebija się tylko przekaz najmocniejszy, najbardziej spolaryzowany. Nawet refleksyjni dawniej uczestnicy debaty muszą przyjąć język pałkarzy, żeby przetrwać na coraz ciaśniejszym medianym poletku, którego reguły wyznaczają klikalność i słupki oglądalności. W świecie mediów społecznościowych i kanałów informacyjnych nadających 24 godziny na dobę wszystko musi dziać się natychmiast, mocno, jednoznacznie. Wszak żeby przekonać widza, że warto pozostać przed ekranem czy radioodbiornikiem, musimy stworzyć wrażenie, że oto jest świadkiem wydarzeń epokowych – upadku lub triumfu, końca świata bądź nowego początku…

Entuzjazm

Pałkarze wolą wiarę od wiedzy; entuzjazm przedkładają nad refleksję. Entuzjazm jest potrzebny, ale bywa dramatycznie złym doradcą. Refleksja jest wartościowa, ale potrafi paraliżować wolę. Jak to zwykle bywa – najlepszy byłby złoty środek. Świat programów informacyjnych goniących 24 h za wydarzeniami wyraźnie faworyzuje entuzjazm, spychając refleksję na margines. Zostawiając dla niej wąską niszę, kiedy „nic się nie dzieje”. Tymczasem dystansu, rozwagi, próby zrozumienia potrzebujemy właśnie wówczas, gdy dzieje się najwięcej.

Przyjemnie jest być częścią wspólnoty. Nie chodzi mi o to, by tłumić w sobie odruch protestu, by w imię pokojowej koegzystencji przymykać oko na zło, niesprawiedliwość… Ale czy w swoim oburzeniu znajdujemy miejsce dla refleksji i planowania? Czy protestujemy i walczymy z własnej woli i z zamiarem osiągnięcia konkretnych rezultatów? A może czasem jest jednak tak, że to polityka (nie jako konkretni ludzie, lecz właśnie jako dyskurs) manipuluje naszymi emocjami, dążąc do totalnej władzy nad umysłami?

Kto jest temu winien?

Za triumfem pałkarzy nie stoją pałkarze. Za katastrofę języka odpowiadamy my wszyscy. Pewnie w różnym stopniu, ale jednak jako zbiorowość. Winni są, oczywiście, politycy tracący umiar w walce o poparcie wyborców i czas antenowy.

Winna jest i współczesność, i niespłacone długi okresu transformacji (współczesny podział w znacznej mierze bazuje na potransformacyjnych podziałach, niespełnionych nadziejach, zadawnionych żalach, krzywdzących stereotypach).

Winne są przemiany mediów – wszak podobne zjawiska obserwuje się także w innych krajach. Zbyt często zapominamy, że media nie tylko opisują, lecz także współtworzą rzeczywistość. Czy dajemy sobie szansę zrobienia kroku wstecz, zapytania o słuszność własnych działań? Dlaczego aż tyle miejsca w naszym życiu oddaliśmy politycznemu sporowi? Dlaczego w tak dużym stopniu pozwoliliśmy mu zdominować łamy gazet, fale eteru, odmęty internetu i nasze własne umysły?

Czy naprawdę wciąż mówimy o polityce dlatego, że polityka jest tak ważna (ważniejsza niż wojny w dalekim świecie, fascynujące odkrycia fizyki i genetyki, literatura i wartościowe programy dla dzieci)? A może dlatego, że jest łatwa, elektryzująca, że napędza klikalność, oglądalność i sprzedaż czasopism?

Czy naprawdę wciąż mówimy o polityce dlatego, że polityka jest tak ważna (ważniejsza niż wojny w dalekim świecie, fascynujące odkrycia fizyki i genetyki, literatura i wartościowe programy dla dzieci)? A może dlatego, że jest łatwa, elektryzująca, że napędza klikalność, oglądalność i sprzedaż czasopism? W ten sposób jednak doprowadziliśmy do czegoś w rodzaju samospełniającego się proroctwa. Skoro tyle mówi się o polityce, to nagle wydaje się ona najważniejsza, zaczyna swoim językiem przenikać i wchłaniać wszelkie inne dziedziny życia, podporządkowując je logice partyjnych podziałów.

Winne są także cechy, które w innych okolicznościach byłyby pozytywne. Na przykład demokratyzacja przestrzeni publicznej, która każdą wypowiedź ekspercką sytuuje automatycznie w otoczeniu dziesiątek komentarzy „zwykłych ludzi”. Albo entuzjazm, chęć działania czy potrzeba wspólnoty. Czy to nie one wyciągają nas na ulicę i wypychają na internetowe fora?

No future

Nie chodzi tu o jakąś fałszywą symetrię. Nie próbuję dowodzić, że to wszystko jedno, czy rządzi prawica czy lewica, że cała polityka wyczerpuje się w pustej retoryce i w ogóle powinno nam być wszystko jedno. Wręcz przeciwnie! Dopiero po przebiciu się przez warstwę domyślnych etykiet („to głupie, bo wymyślił to jeden z NICH”, „to fajne, bo NASZE”), można wskazywać rzeczywiste, istotne różnice. Bo w poszczególnych sporach, na które dałoby się rozłożyć współczesny polski dyskurs publiczny, jedna ze stron może mieć rację, a druga się mylić; jedni mogą na dany temat mówić prawdę, drudzy – kłamać.

Myślenie pakietowe, które każe nam odrzucać wszystko, co wymyślili „oni”, i wychwalać każdy pomysł „naszych”, nie przysłuży się żadnej idei.

Dlatego właśnie pałkarze są skupieni na teraźniejszości. Mówią wiele o przeszłości, po to, by „wyjaśnić” teraźniejszość. Jeżeli wspominają o przyszłości, to tylko o „ich” przyszłości: doprowadzą Polskę do ruiny, zniszczą, zaprzepaszczą… Pałkarze nie mają planu. W rzeczywistości chyba nie pragną nawet wygranej. Gdyby przestał istnieć konflikt – zniknęliby, a razem z nimi polityczne monstrum, które żywi się naszym gniewem. Dlatego właśnie po zainfekowaniu językiem pałkarzy nie chcemy wcale przekonywać i nie jesteśmy gotowi dać się przekonać. Kompromis ma złą prasę.

Radykalizacja języka – paradoksalnie – betonuje wszystko, co w status quo najgorsze, osłabia możliwości realnej walki politycznej o konkretne sprawy. Polityczny staje się smog i globalne ocieplenie, bieda, dzieci, nawet akcje charytatywne. Wszystko, co konkretne, zostaje w języku pałkarzy usunięte z pola widzenia i przysłonięte totalną retoryką frontu, w którym nadrzędny cel uświęca wszystkie środki. Kłamstwa, agresję, niepłacenie alimentów.

* * *

Nie znaczy to, że w debacie nie powinno być miejsca na ostrą walkę, entuzjazm, poczucie przynależności! Alarmowa lampka powinna nam się zapalić wtedy, kiedy okazuje się, że poza sporem koalicji z opozycją nie zostało już miejsca na nic innego. Że polityczne podziały kształtują nasze spojrzenie na literaturę, naukę, działalność charytatywną, że kładą się cieniem na nasze życie rodzinne i zawodowe, że poza polityką nie mamy już nic.

To może znaczyć, że już jesteśmy pałkarzami.


Więcej o radykalizacji języka debaty publicznej piszę w nowym „Tygodniku Powszechnym”. W kioskach od środy!

Czytaj dalej

Jeden smutny, samotny komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.