Wampiryzm pamięciowy. Dlaczego wspólne upamiętnianie katastrofy smoleńskiej i powstania warszawskiego ma sens

PW reversedWspólne upamiętnianie ofiar katastrofy smoleńskiej i powstania warszawskiego ma sens! A nawet więcej: służy do produkcji sensu. Na naszych oczach dokonuje się właśnie próba podniesienia katastrofy smoleńskiej do rangi wydarzenia historycznego. Tego typu zabiegi wymagają zgromadzenia olbrzymiej energii.
Dlatego zdarzenia, które w ostatnich dniach śledzić możemy z przerażeniem/dumą/zażenowaniem/zachwytem to po prostu kolejna odsłona prastarego zjawiska wampiryzmu pamięciowego w ramach którego dla „uhistorycznienia” jednego wydarzenia korzystamy z mocy zgromadzonej przez inne. Niezależnie od tego, czy chcemy ten proces wspomóc, czy go zwalczyć, żeby działać rozsądnie, musimy najpierw zrozumieć, z czym w zasadzie mamy do czynienia.

Nietrafione posłowie

Bez zrozumienia mechanizmów pamięci rządzących dziś recepcją powstania warszawskiego nie sposób pojąć ani fenomenu żołnierzy wyklętych, ani katastrofy smoleńskiej, ani nawet ostatnich zwrotów w sprawie Jedwabnego.

Kiedy kilka tygodni temu pisałem króciutkie posłowie do książki Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014 (ukaże się w przyszłym tygodniu nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej), miałem smutne poczucie nietrafienia w czas. Wydawało mi się, że powstanie nikogo już dziś nie zadziwi, że na dobre oswoiliśmy się z jego kulturowym i politycznym funkcjonowaniem, że dziś naprawdę ważna książka o pamięci powinna raczej dotyczyć żołnierzy wyklętych…

Nie minęło wiele czasu nim zrozumiałem, jak bardzo się pomyliłem. Zapewne nie jedyny raz w całej tej książce, z pewnością jednak jest to pomyłka przynosząca ulgę. Bez zrozumienia mechanizmów pamięci rządzących dziś recepcją powstania warszawskiego nie sposób pojąć ani fenomenu żołnierzy wyklętych, ani katastrofy smoleńskiej, ani nawet ostatnich zwrotów w sprawie Jedwabnego.

Powstanie warszawskie wciąż pozostaje centralnym węzłem polskiego dyskursu pamięci. Warto o nim czytać i pisać. Warto o nim myśleć i dyskutować. Warto też – niezależnie od tego, po której stronie politycznej barykady lokują się nasze sympatie – podejmować próby rzetelnego zrozumienia i opisania tego, co się właściwie dzieje.

A dzieje się historia!

Jak przejść do historii?

Anne-Louis_Girodet-Trioson_001

Najkrócej rzecz ujmując: jesteśmy właśnie świadkami próby uczynienia katastrofy smoleńskiej wydarzeniem historycznym.

Jeżeli nie pracujecie w kancelarii premiera (albo w centrali jednej z największych światowych marek) pewnie nigdy nie zastanawialiście się, jak dokonać czegoś podobnego… Jak sprawić, by jakieś wydarzenie stało się historycznym? Nie wystarczy po prostu, by należało do przeszłości. Wszak większość z tego, co się wydarzyło, uznajemy jako wspólnota za niewarte upamiętniania. Między przeszłością a historycznością istnieje rodzaj niewidzialnej bariery, którą pokonują tylko nieliczne wydarzenia, fakty czy postaci.

Niełatwo stać się historią. Dla znacznej większości maszerujących w dziejowym pochodzie śmierć oznacza zapomnienie. Tylko dla nielicznych otworzą się podwoje wieczystej pamięci. W tym sensie dobrym ujęciem problemu wydaje się malarski i literacki motyw wstępowania w niebiosa poległych wodzów, mężów stanu czy nawet szeregowych żołnierzy (np. Apoteoza Waszyngtona Brumidiego, Apoteoza żołnierzy wojen napoleońskich Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson [na ilustracji, Domena Publiczna] czy… Pieśń o żołnierzach z Westerplatte Gałczyńskiego).

Co decyduje o tym, kto zasłuży na wieczne życie w kronikach i podręcznikach historii? Wiadomo nie od dziś: osobiste zasługi, ale też polityka, sztuka, a czasem łut szczęścia. Ale czy wiadomo, jaki właściwie mechanizm odpowiada za pamięciową apoteozę?

W momentach takich jak spór o „apel smoleński” pytanie to narzuca się ze szczególną siłą. A semiotyka kultury przynosi na nie odpowiedź.

Od analogii do pamięciowego wampiryzmu

logika analogii posunięta poza pewne granice zmienia się w rodzaj pamięciowego wampiryzmu

Kanon historyczny ma paradoksalny charakter. Jest zarazem zamknięty – swą moc buduje na (iluzji) trwałości i oddzielenia od teraźniejszości; jak i otwarty – wciąż ulega zmianom, lecz zmiany te, poza radykalnymi przypadkami rewolucji czy upadków imperium, mają zwykle charakter zbyt powolny, byśmy je dostrzegali.

„Nowe” wydarzenia i postaci historyczne (nie tylko te, które „dopiero się wydarzyły”, lecz także te, które – z różnych powodów – odgrzebujemy w zamierzchłej przeszłości), by stworzyć sobie miejsce w kanonie, muszą umiejętnie wpisać się w jego strukturę. Dokonują tego „pasożytując” na wydarzeniach „starych”, których historyczności i wagi nikt nie kwestionuje.

Na najbardziej oczywistym poziomie dokonuje się to za sprawą historycznych analogii. Mówimy: wydarzenie X jest jak wydarzenie Y, licząc, że w ten sposób pewne cechy (w tym sama „historyczność”) przeniosą się ze „starego” na „nowe”.

Na przykład: „Katastrofa smoleńska jest jak mord katyński”. Za podstawę analogii służy zbieżność miejsca czy inteligencka tożsamość ofiar, w miarę rozwijania porównania, jego logika podpowiada nam jednak kolejne elementy, które możemy przyjąć lub odrzucić: np. rosyjskie/radzieckie sprawstwo, celowość mordu, a przede wszystkim – ukrywanie prawdy, o którą trzeba walczyć. W ten sposób ci, którzy budują historyczny wymiar tragedii, mogą korzystać z gotowego repertuaru wyobrażeń, form pamięci, a nawet całych modeli świata (np. walczący o pamięć vs. „oni”, którym zależy na ukryciu prawdy).

Oczywiście Katyń nie jest dla Smoleńska jedyną analogią. Jak widzimy w ostatnich dniach, miejsce drugiego członu porównania może zając np. powstanie warszawskie, dostarczając innego (lecz w wielu punktach zbieżnego) ciągu skojarzeń: heroiczna walka – wieloletnie zakłamanie – odzyskiwanie pamięci – wyniesienie do rangi symbolu.

Ważne, by nie zapomnieć, że nie jest to, w żadnym razie, mechanizm wynaleziony specjalnie na potrzeby katastrofy smoleńskiej! Od zawsze do opowiadania o tym, co nowe, używamy z konieczności starych form z zastanego repertuaru znaków. W tym sensie „nowe” i „stare” warunkują się wzajemnie, umożliwiając ciągłość procesu komunikacji i zapewniając jego zrozumiałość1.

Ale logika analogii posunięta poza pewne granice zmienia się w rodzaj pamięciowego wampiryzmu, w ramach którego „nowe” wydarzenie wysysa ze „starego” siły witalne, przejmując (czy wręcz kradnąc) charakterystyczne dla niego formy pamięci, przejmując jego święta czy nawet pomniki.

I znów: niezależnie od tego, czy podoba nam się to, co obserwujemy w ramach przygotowań do kolejnej rocznicy powstania, czy nie, ważne, byśmy uświadomili sobie, że nie jest to w żadnym wypadku sytuacja bezprecedensowa. Tego rodzaju przykłady „pamięciowego wampiryzmu”, choćby tylko w odniesieniu do powstania, można bez trudu znaleźć w przeszłości.

Precedensy

Każdego, komu wydaje się, że uwikłanie powstania w bieżącą walkę polityczną to wynalazek ostatniej dekady, należałoby wsadzić w wehikuł czasu i wysłać gdzieś na początek lat 1980-tych. Albo przynajmniej zabrać do archiwum IPN, gdzie zachowała się przebogata dokumentacja uroczystości rocznicowych z tamtych lat. Pamięciowy wampiryzm kwitł wtedy w najlepsze w atmosferze wiecu, strajku, a czasem wręcz festynu.

Na początku lat 1980 1 sierpnia mówiono głównie o… ofiarach Katynia. Zgodnie z logiką analogii mord katyński i powstanie warszawskie stawały się niemal tożsame jako dwa przykłady walki o polskość przeciw komunistom (szczególnie podkreślano bowiem fakt nieudzielenia powstaniu pomocy przez Armię Czerwoną).

Zarazem poprzez te dwa wydarzenia i w ich perspektywie dokonywało się przywoływanie wszelkich innych faktów historycznych. Wojna polsko-bolszewicka stawała się w pamięci opozycyjnej prefiguracją powstania, mord katyński jawił się zaś jako zemsta za zwycięstwo w 1920 roku. Z kolei terror stalinowski to powtórzenie Katynia, które ze szczególnym okrucieństwem dotyka bohaterów powstania. Podobne przykłady symbolicznych powiązań można by mnożyć.

Rok 1984

Ale to jeszcze nic w porównaniu ze spleceniem powstania i bieżącej walki politycznej, jakie odnaleźć można w kolejnych latach. Na przykład w roku 1984, mimo okrągłej, czterdziestej rocznicy można odnieść wrażenie, że to wcale nie powstanie było najważniejszym przedmiotem zainteresowania zgromadzonych 1 sierpnia na cmentarzu powązkowskim.

Poniżej fragment z Powstania umarłych przedstawiający te uroczystości:


 

Tradycyjne formy przeżywania żałoby zostały całkowicie podporządkowane środkom wyrazu zaczerpniętym ze strajku czy wiecu. Czyjej właściwie pamięci poświęcono zapalone wokół pomnika Gloria Victis znicze? Data i miejsce sugerują powstańców, na drzewach zawieszono jednak plakaty przywołujące pamięć ofiar Katynia, obok zaś umieszczono polską flagę z napisem „Solidarność 1982”. Wydaje się, że dawne i współczesne wydarzenia składające się na historię walki o wolność i niepodległość złączyły się w tym niezwykłym święcie opozycyjnej pamięci w jedną, nierozdzielną całość.

Ludzi na cmentarzu wciąż przybywało. Jakiś ksiądz zaintonował litanię „za Lecha Wałęsę, «Solidarność», poległych w okresie stanu wojennego, więzionych za przekonania, pomordowanych w obozach sowieckich, za wolną ojczyznę”. Obecna na cmentarzu Anna Walentynowicz na prośbę zebranych zabrała głos: „Módlmy się za «Solidarność», wolną Polskę oraz tych młodych ludzi z Grodziska, których nie objęła amnestia”2. Atmosfera coraz bardziej przypominała wiec. Raz po raz w tłumie wznoszono okrzyki „Niech żyje Lech Wałęsa!” oraz „Solidarność walczy!”. Był także program artystyczny. Śpiewano pieśni religijne i patriotyczne. Przy grobie harcmistrza Aleksandra Kamińskiego występował zespół muzyczny, „prezentując piosenki partyzanckie i harcerskie oraz deklamując wiersze”3.

Mogłoby się zdawać, że w ferworze bieżącej walki politycznej pamięć spoczywających na działce „Zośki” ofiar powstania całkiem straciła na znaczeniu. Zrozumienie fenomenu rocznicowych manifestacji pod pomnikiem Gloria Victis wymaga jednak odkrycia, że cała walka z systemem ufundowana była na pamięci. Mord katyński i powstanie warszawskie nie zostały wyparte ze zbiorowej wyobraźni przez etos opozycyjny, lecz – przeciwnie – poprzez ten etos istniały w wyobraźni. Stworzyły go i w niego się przemieniły. W ramach wyobraźni kształtowanej przez obowiązek pamięci walcząca „Solidarność” okazuje się zatem tożsama z powstańcami warszawskimi, a ofiary represji stanu wojennego stają się – w sensie symbolicznym – nowymi ofiarami Katynia.

W sposób wyjątkowo wymowny ilustruje to biało-czerwona szarfa przejęta podczas jednej z takich uroczystości przez funkcjonariuszy bezpieki. Napis na niej głosił: „Jeśli my o nich zapomnimy, Bóg o nas zapomni”. Można zastanawiać się, kim są owi „oni”, o których mamy pamiętać. Być może autorom chodziło o więzionych kolegów, być może o ofiary Katynia czy powstania warszawskiego. Sądzę jednak, że postawienie takiego pytania całkowicie rozmija się z istotą zagadnienia! Pamięć jako wartość etyczna nie domaga się podziału na konkretne wydarzenia, lecz – przeciwnie – ogarnia i łączy różne epoki, scalając je w jedną, pełną sensu opowieść.

okładka_powstanie umarłych

To dopiero początek historii!

Przywołane przykłady pokazują wyraźnie, że powstanie warszawskie stanowi od wielu lat kluczowe „miejsce mocy” czy „generator sensu”, z którego zaczerpnąć próbują przeróżne ruchy społeczne, wspólnoty czy partie polityczne.

Ważne, by pamiętać, że nie jest to moc neutralna. Lata marginalizacji, zafałszowań czy wręcz skazania na niepamięć sprawiają, że pamięć powstania warszawskiego jest bardzo silnie nacechowana antysystemowo – skierowana przeciwko jakimś „obcym”, którzy naszą tożsamość próbują zniszczyć, zafałszować, podporządkować obcej ideologii (brzmi znajomo?)…

Powstanie ma oczywiście także silny potencjał jednoczący. Może być równie dobrze wtłoczone w ramy opowieści o młodości, heroizmie, przywiązaniu do wartości… Zawsze pozostanie jednak obciążone brzemieniem klątwy związanej z nieopłakanymi zmarłymi.

O tym wszystkim opowiada Powstanie umarłych, do którego lektury serdecznie zapraszam!


Zobacz także:

kto zarabia na żołnierzach wyklętychBiznes wyklęty. Jak żołnierze niezłomni trafili na koszulki, naklejki i zderzaki

 

Czytaj dalej

  • Warszawa po powstaniu. Porywacze ciałWarszawa po powstaniu. Porywacze ciał Warszawa po powstaniu. Czy funkcjonariusze nowego reżimu kradli ciała akowców, by chować je wśród żołnierzy Armii Ludowej i w ten sposób forsować propagandową tezę o masowym poparciu dla […]
  • Toporzeł. Jak Sarmaci z Wyspy Wielkanocnej nauczyli cały świat polskiegoToporzeł. Jak Sarmaci z Wyspy Wielkanocnej nauczyli cały świat polskiego Przygotowując się do debaty o polskich symbolach narodowych (Orzeł i Reszka. Polskie symbole narodowe i religijne a polityka płci 15.06.2016 r., przybywajcie tłumnie!) zrobiłem mały […]
  • Wybierając kandydata – przyspieszacie koniec świata!Wybierając kandydata – przyspieszacie koniec świata! Wychowały się na nim pokolenia speców od politycznego marketingu. Na jego temat powstały legendy miejskie i teorie spiskowe. Stał się najsłynniejszym spotem w historii kampanii […]
  • Fantazje o Disneylandzie. Westworld jako retro science fictionFantazje o Disneylandzie. Westworld jako retro science fiction Wymienienie wszystkich mitów i toposów kulturowych, do których nawiązuje „Westworld”, wymagałoby naprawdę długiego posta. Miłośnicy klasyki w motywach labiryntu, snu i przebudzenia, […]
  • Jak zarobić na zaćmieniu?Jak zarobić na zaćmieniu? W r. 585 p.n.e. (o dokładną datę toczą się pewne spory) Tales z Miletu trafnie przewidział zaćmienie Słońca. Moment ten uznaje się czasem za oficjalne narodziny nauki, która miała rzekomo […]
  • Do czego służą rocznice? Rocznica to jedna z najbardziej skondensowanych form obecności mitu w naszym życiu. Dzięki rocznicom co roku od nowa przeżywamy wszystko, co ważne. Niezwykłe bogactwo historii, religii i […]

12 Comments

  1. Bardzo ciekawy artykuł!

    Nierzadko również media przypisują sobie moc „historiotwórczą” ogłaszając, że wydarzenie X przejdzie do historii – zupełnie jak miało to miejsce w przypadku „smartfonowego” przemówienia tureckiego prezydenta. Akurat w tym przypadku bardzo zabawne jest to, że to właśnie „nowoczesność” tego wydarzenia (korzystanie z nowych technologii) sprawia, że niektórzy obserwatorzy dopatrują się w nim zapowiedzi „historyczności”. Myślę, że podobnych przykładów jest więcej oraz ciekawie obrazują to, jak w „produkcji historii” mogą być wykorzystywane kategorie „stare i „nowe”.

    PS. Książka już zamówiona! 🙂

    • Racja! Historyczność tego, co „pierwsze”, „ostatnie”, „rekordowe” to ważny czynnik. Podobnie jak wzmocnienie obiegami medialnymi. Ale znów: tyle jest rzeczy pierwszych, ostatnich czy największych, a tylko nieliczne ostatecznie „stają się historią”.

      Mam nadzieję, że książka nie rozczaruje!

  2. Panie Marcinie…świetny blog, gratulacje! Jednak uśmiech nie schodzi mi z twarzy, jak przypomnę sobie minę Kłopotowskiego (w jednym z odcinków ‚Tanich drani’, dyskusja na temat reaktywacji ‚Wałęsy’) na pana słowa, że mamy do czynienia nie z mitem lecz z destylatem mitu 🙂

  3. pan wybaczy, ale to co pan pisze tzn zawartość i wartość, nie poglądy, świadczą strasznie o pana nauczycielach.
    dodatkowo to jak jest pan głuchy i ślepy na blask i wrzask innych kultur otaczających Polskę świadczy źle o pana zmyśle obserwacji. jedynym usprawiedliwieniem tego co pan pisze jest pana wiek. kiedy ja bylem w pana wieku takie rozprawki nie opuszczały notesików. nawet teraz tak przygotowany materiał za naszą zachodnią, również za wschodnią granicą nie zostałby zaszczycony niczym więcej niż wzruszeniem ramion. polecam panu rocznicę setną rozpoczęcia bitwy nad sommą – świetnie panu zrobi i poszerzy horyzonta.
    pan zapewne nie ma świadomości rodzinnej wykraczającej poza sto lat. i dlatego określa pan odniesienia do skamielin pamięci mianem wampiryzmu, ja mam świadomość 17 pokoleń swojej rodziny. i dla mnie wielkie łuki nie są martwym obrazkiem, tak jak nie jest kolno, i rzeź pragi.
    na zakończenie – szanowny panie – już w republice rzymskiej ludzie znali wartość mordu założycielskiego i jego moc.
    oraz wynikające z niego implikacje społeczne. pana wiek pana usprawiedliwa w niewiedzy, ale nie pana nauczycieli i tych którzy panu podpisywali dyploma.
    z ubolewaniem sąsiad

    • Szanowny Panie,

      bardzo mi miło, że tekst zainspirował Pana do tylu przemyśleń! Niestety, nie jestem pewien, czy zrozumiałem sedno Pańskich zarzutów (brak porównania z przypadkami zagranicznymi? krótka perspektywa czasowa? błędne użycie terminu „wampiryzm”? nieuwzględnienie toposu mordu założycielskiego?)…

      Jeżeli zaś chodzi o młody wiek – na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że to wina, od której na pewnym etapie życia nikt z nas nie był wolny.

  4. Nie trafił bym na ten blog bez artykułu w GW. Ciekawie się czyta i jeśli ma mnie zachęcić do przeczytania Pan książki, to tak zachęciłem się. Przywrócona została też moja wiara w sens semiotyki, choć pozostanę przy swojej socjologii w historyczno-spleśniałym sosie.
    I jeśli już poszedłem w tą stronę, to proszę wybaczyć, że skomentuję Pana książki sam tytuł, bez jej przeczytania. „Powstanie umarłych” brzmi nieźle i jak sądzę był to czynnik decydujący, bo zgodzić się z nim nie mogę. Siła oddziaływania Powstania Warszawskiego tkwi w fakcie, że pozostaje ono żywe, choć jest wydarzeniem historycznym, nie należy do historii. Nie jest traktowane jako zamknięta, skończona przeszłość, jest wydarzeniem WSPÓŁCZESNYM. Istotą nie jest wampiryzm ale zombizm. 1 sierpnia każdego roku obchodzimy rocznicę żywych trupów. Nie ma pojęciowego mostu pomiędzy powstaniem a smoleńskiem, jest absolutna jedność. Katastrofa smoleńska musiała się zdarzyć, była, bo miała być, jak nie ta to jakaś inna. Liczba ofiar, miejsce i czas zdrzarzenia to tylko didaskalia. Patriotyczno-surrealistyczne wyjadanie mózgów jest procesem, który trwa, czy się nam podoba czy nie, nawet czy się podoba, czy nie Prezesowi.
    Selfie z opaską jest OK. Oczywiście jak ktoś lubi zombiaków, co przy braku organu do myślenia jest zrozumiałe.
    Pozdrawiam

  5. Właśnie przeczytałam „Pamięć umarłych”. Bardzo dobra książka (czyta się jednym tchem) i ukazuje się w dobrym momencie. Zresztą Pana poprzednia książka („Władza wyobraźni”) również mi się podobała – zwłaszcza rozdział poświęcony ceremoniom pogrzebowym.

  6. Czy można tak opisać Powstanie Warszawskie, żeby o nim nie napisać? Naturalnie, wystarczy sięgnąć do metod badawczych czołowych antropologów kultury czy filozofów: Michela Foucaulta, Jeana Baudrillarda, Clifforda Geertza, czy może Paula de Mana. Wówczas też okaże się, że „zbadać” coś (w sensie naukowym) czasami może znaczyć tyle samo co… ośmieszyć.
    Marcin Napiórkowski jest młodym człowiekiem, nie doświadczył życia w komunizmie. Nie wie zatem jak to jest być młodym chłopakiem w beznadziei PRL-u, gdzie można bawić się na podwórku wyłącznie w „pancernych” lub Berlingowców, ale o dziadku od Andersa wspomnieć nie wolno. Osobiście więc zazdroszczę dzisiejszym dzieciakom, którzy wreszcie mogą robić to, co dla mnie było zabronione i niedostępne, a o czym wolno było mówić wyłącznie w domu. PRL był z definicji światem socjopatii: tylko w domu można było czuć (i po cichu pielęgnować) dumę z bohaterów spod Falaise, Tobruku czy Monte Cassino, bo w życiu oficjalnym, społecznym (dajmy na to w szkole) należało uczestniczyć w celebrze pseudobohaterów. Wreszcie możemy nazwać po imieniu, „rozpoznać” (jak chce Napiórkowski) kto bohater, a kto kanalia… Zatem to prawda, że żyjemy obecnie w czasach, w których wreszcie można upamiętniać powstańców warszawskich czy żołnierzy wyklętych, i identyfikować się z ich historią. Dla młodego kulturoznawcy to jednak wyłącznie materiał, który na chłodno, bez emocji może poddać swojej analizie. Więcej nawet – satysfakcja z nieskrępowanego (politycznie) mówienia o historycznych faktach, dla Marcina Napiórkowskiego jest w istocie swoistym czasem złotych żniw, badawczym rajem, który zapewnił mu nie tylko habilitację, ale i (z czym sam tak walczy) plakietkę medialnej gwiazdy polskiej semiotyki.
    Marcin Napiórkowski jest akademikiem, kulturoznawcą. Zna się na swoim przedmiocie badawczym i uczynił z niego wygodny dla siebie bastion. Okopał się w nim (bo tak notabene nakazuje mu świat akademicki) i głowy z niego nie wychyla. To bardzo bezpieczne zajmować się tak… ahistoryczną i amorficzną dziedziną. Wolno wówczas (a nawet trzeba) nie mówić o faktach historycznych, o historycznej prawdzie. Mawia się zaś tylko o mniej lub bardziej istotnych „kontekstach”, „odczytaniach”, „rozpoznaniach”. Ale to, co dla Napiórkowskiego jest bronią, dla jego czytelników może okazać się słabością, a to co zaletą „Powstania umarłych”, największą jej wadą. Żeby tak nie było Napiórkowski musiałby przypuszczalnie wyjść na chwilę (a przynamniej na czas pisania następnej książki) ze skóry kulturoznawcy („semiotyka kultury” jak ładnie a naturalnie nie bezpodstawnie o sobie pisze).

    Uczeń profesora Sulimy (Roch Sulima jest niekwestionowanym autorytetem, ale… przecież właściwie w badaniach ludoznawczych) napisał książkę opisującą wiele bezdyskusyjnie obecnych w Polsce zachowań społecznych. Niemniej zatytułował (celowo) książkę: „historia pamięci”, a sąd, jaki próbuje nam „uobecnić”, w istocie sprowadza się do tego (co odnajdziemy również w pismach wszystkich jego prześwietnych poprzedników – relatywistów), iż historia (jako taka) nie istnieje, prawda historyczna także, istnieją zaś jedynie tylko indywidualne, skrajnie subiektywne narracje, których nie sposób (i nawet nie warto) badać, gdyż najczęściej się one nie uzupełniają, a wręcz wykluczają. Zatem przez „historię pamięci” autor rozumie zawsze pamięć pejoratywnie, traktując ją jako jakąś niby-pamięć, subiektywne i wynaturzone wielkie, społeczne oszustwo. Jest to bowiem książka w gruncie rzeczy o ludzkiej potrzebie samooszukiwania się, o odwiecznym pragnieniu życia w jakimś Matrixie, a zatem książka bardzo krzywdząca dla… autentycznej historii i autentycznej pamięci, których autor raczy nie zauważać, albo świadomie pomija.

    • Szanowny Panie,
      dziękuję bardzo za recenzję. Choć w książce nie cytuję Geertza ani Paula de Mana, a Foucaulta i Baudrillarda wspominam mimochodem (każdego po razie), to jednak utożsamiam się ze stanowiskiem, które mi Pan przypisał (jeżeli dobrze Pańskie intencje odczytałem).

      Faktycznie, napisałem książkę, która nie jest o powstaniu w sensie historycznym, ale właśnie o kolejnych jego „odczytaniach”. Może jednak i taka praca o powstaniu może się na coś przydać?

      Jeżeli nawet nie zainteresują Pana oparte na źródłach archiwalnych przedstawienia tego, jak o powstaniu mówiono i pisano w kolejnych dekadach, to „Powstanie umarłych” może posłużyć przynajmniej jako wgląd w wyobraźnię mojego pokolenia, czyli – jak Pan słusznie zauważa – osób wychowanych już po czasach PRL, inaczej podchodzących do kwestii pamięci. Takich ludzi będzie przecież wokół nas coraz więcej!

      Nie wiem natomiast, skąd pomysł, że wszelką pamięć traktuję pejoratywnie, jako wynaturzenie… Jest wręcz odwrotnie – pisząc czułem sympatię i szacunek do niemal wszystkich pojawiających się na kartach książki bohaterów i instytucji. W spostrzeżeniu, że pamięć bywa także brzemieniem czy wręcz klątwą nie ma nic z pogardliwego do niej stosunku.

      • Szanowny Panie

        Zgoda, nie wolno mi nikomu odmawiać zajmowania się badawczo tym czy innym, zresztą taka „odmowa” nie miałaby najmniejszego sensu.
        Nie chciałem Pana urazić. Wydaje mi się jednak, że wielu (większość / wszyscy?) badaczy rodem z USA, Francji, Wielkiej Brytanii nie zna (bo nie może znać) polskiego kontekstu – pamięci, tożsamości etc. Zatem ich pisma (sądy), choć są klasyką metodologiczną dla Pana (jak zakładam) powinny być nieco weryfikowane przed ewentualnym cytowaniem i budowaniem na nich własnych ocen.
        Pan podejmuje celowo tematykę kontrowersyjną, bo obrosłą wielorakimi sensami, ale spłaszcza ją stosując metody opisu Pańskich naukowych mistrzów (choćby taki film „Wołyń” – który dla Pana jest tylko jednym z wielu tworów kultury współczesnej, a dla mnie (i innych Pańskich czytelników) może być czymś więcej. Zatem zestawiając „Wołyń” np. z „Pulp Fiction” odcina Pan z warstwy interpretacji „Wołynia” jedną z istotnych warstw znaczeniowych (dla mnie – najważniejszą).

        Wie Pan przecież, że w USA np. Holocaustem nie może zajmować się kto chce (jakikolwiek naukowiec), bo pewne tematy są tam bardzo pilnie strzeżone przez ustalone już grono badaczy czy instytutów naukowych. Nie jest więc tak, że tylko w Polsce mamy „strażników pamięci” wyczulonych na inne sądy.

        Uzna Pan, że jestem niesprawiedliwy. Wie Pan, z nauką jest tak, że jej metody przemijają i budzą później śmiech. Sam by się pan setnie uśmiał czytając o „Wołyniu” stylem jaki pisano w latach 60-tych w Polsce. Dziś Pan jest forpocztą … nie wiem – dekonstrukcji, tak? Pańskie analizy są mocne, bo są nowe, chyba zbyt nowe dla mnie, nie wszyscy są na nie gotowi… poza tym, dekonstrukcja i inne mody naukowe przeminą, a pewna wartość historyczna, historiozoficzna może „Wołynia” pozostanie. Zresztą zawsze tak jest ze sztuką… nakręcony, jak byśmy dziś powiedzieli – żałośnie – film Forda „Krzyżacy” – ocalił dziś przede wszystkim tę wartość naddaną, pewien kontekst historyczny.
        Pan to rozumie, tyle, że dla Pana liczy się kontekst kulturowy, dla mnie… historyczny.
        Na Pańskie książki również tak patrzę – jak te, pozornie niewinne książki, zaznaczą się w interpretacji … historii. Ciąży na Panu bowiem pewna odpowiedzialność (za słowa). Bo Pan nie tylko opisuje kulturę zastaną, Pan przeinterpretowywuje, i wyznacza także jakiś model interpretacyjny dla swoich następców.
        Pisze Pan, że Panu wolno. Ale z innej beczki – czy to jest kwestia wolności? Bo może jednak smaku? Kiedy profesor X posiłkował się jakimś marksistowskim badaczem w dawnych latach, budził właśnie coś w rodzaju niesmaku. Zatem i w nauce coś takiego, taka kategoria „wyczucia”, „smaku” chyba może mieć miejsce. Niektóre książki, które powstają na przecięciu „odległych od siebie semantycznie szkół” czy „metod” bywają szokujące czy niesmaczne. Przyzna Pan? No weźmy choćby ten temat Holocaustu, i opiszmy go w kontekście feminizmu, wampiryzmu, kanibalizmu, genderyzmu, queeryzmu i innych takich…. 🙂
        Albo skrajnie lewicowego weganizmu 🙂

        Poza tym jak już dopisałem tą łątkę „lewicowego”… poza kontekstem kulturowym mamy też silne konteksty polityczne, od których nawet Pan, jako naukowiec, semiotyk, nie ucieknie. Bo i Panskie książki (interpretacje) będą czytane w takim, politycznym, kontekście.

        Damy zresztą pokój temu, nie zamierzam Pana dręczyć moimi wywodami…
        Z szacunkiem,
        Maciej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.