Warszawa po powstaniu. Porywacze ciał


Warszawa po powstaniu
Warszawa po powstaniu. Czy funkcjonariusze nowego reżimu kradli ciała akowców, by chować je wśród żołnierzy Armii Ludowej i w ten sposób forsować propagandową tezę o masowym poparciu dla komunizmu wśród mieszkańców stolicy? A może to tylko legenda miejska?

Opowieść o porywaczach ciał to jedna z mrocznych kart pamięci o powstaniu. Z jednej strony niemal zapomniana, rzadko przywoływana przez historyków czy dziennikarzy, z drugiej zaś w jakiś sposób wciąż głęboko obecna w tym, co mówi się i pisze o tragedii Warszawy.

Chaos w mieście-cmentarzu

Warszawa po powstaniu, zima 1945 r. W stolicy panuje chaos. Zrozpaczeni ludzie rozkopują płytkie zbiorowe mogiły i w poszukiwaniu swych bliskich odsłaniają skłębione obce ciała. Wszystko to dzieje się bez ładu i w pośpiechu. Juliusz Majkowski, Inspektor Sanitarny Warszawy ubolewa,, że: „zdarzają się, niestety, wypadki samowolnego rozgrzebywania mogił w poszukiwaniu bliskich zmarłych i pozostawienia rozkopanych dołów ze zwłokami na wierzchu”1. Niestety, nierzadkie były też przykłady dokonywanych na zwłokach rabunków2.

W całym tym zamieszaniu zdarzały się także pomyłki, w wyniku których rozpaczliwie szukano umarłych wśród żywych lub przeciwnie – „uśmiercano” ocalałych, jak to miało miejsce w przypadku Leszka Cielińskiego, który po latach opowiadał w „Kierunkach” następującą historię:

Chyba w 1946 r. w Zaduszki przyjechałem (wówczas już z Wrocławia) na cmentarz wojskowy na Powązkach. Znalazłem kwaterę „Zośki”. Chodząc od grobu do grobu, czytając tabliczki, widziałem jeszcze twarze poległych. Byłem przybity. Nagle natknąłem się na (osobny wówczas) grób kaprala „Leszka” z komp. „Rudy”. Był taki tylko jeden – ja. Zrozumiałem, że ekshumując zwłoki albo resztki zwłok leżących pod gruzami szpitala „Broma” – musiano sądzić, że i ja jestem wśród nich, bo kto mógł wiedzieć, że 3 osoby zostały spod gruzów odkopane i żyją. Mimo nastroju wspomnień i żalu na cmentarzu – stałem nad własnym grobem i uśmiechałem się. Zauważyły to 2 młodziutkie harcerki porządkujące mój grób i spojrzały na mnie z oburzeniem, jak na profana kalającego atmosferę i ofiary. Nie tłumaczyłem się im. Nie potrafiłbym. Zapaliłem sobie świeczkę i poczułem, że ponownie jestem blisko swoich najbliższych towarzyszy.”3

Skoro zdarzały się pomyłki – zwłok nie tylko poszukiwano, lecz także… pilnowano. Pracownice PCK odnotowały na przykład na jednej z Warszawskich ulic ogłoszenie mówiące:

Proszę ciała nie zabierać i nie poruszać, bo zgłaszają się rodzice, będzie wzięta w najbliższych dniach.4

Ale strzeżenie zwłok nie służyło wyłącznie ochronie ich przed omyłkowym wzięciem za kogo innego czy wywiezieniem. Wśród powracających do Warszawy po powstaniu szybko rozprzestrzeniła się wieść, że nie wszystkie błędne identyfikacje stanowiły rezultat nieszczęśliwych pomyłek i nie każde „zaginięcie zwłok” wynikało z nadgorliwości urzędników…

Wielu świadków tamtych wydarzeń twierdzi, że pod osłoną panującego chaosu dochodziło do porywania ciał i celowego zafałszowywania tożsamości poległych.

Porywacze ciał

Nowa władza twierdziła konsekwentnie, że poparcie dla Armii Krajowej i idei powstania w Warszawie było marginalne. Znaczna część ludności stolicy miała natomiast utożsamiać się z Armią Ludową, o czym świadczyć miała także masowa przynależność do tej organizacji. Bojownicy AL, wciągnięci w nieswoje powstanie, mieli być – wraz z ludnością cywilną – głównymi ofiarami straceńczego planu ukutego przez wrogi, burżuazyjny rząd w Londynie.

Tym tezom w jaskrawy sposób przeczyły jednak leżące na ulicach miasta zwłoki. Choć nieme, samą swoją obecnością poświadczały, że zginęło bardzo wielu akowców i stosunkowo nieliczni żołnierze AL (wbrew lansowanym przez władze tezom stosunkowo niewielu warszawiaków należało do tej organizacji).

Maria Jagowd-Wolska, lekarka i żona uczestnika powstania, opowiada, że podczas ekshumacji ciał z ruin, ulic i placów wybuchały otwarte konflikty, gdyż „zwłoki młodych, niezidentyfikowanych żołnierzy AK, których nie odkopano wśród poległych z jakiejś grupy AK-owskiej, lub które nie miały biało-czerwonej AK-owskiej opaski, były przez urzędników państwowych rejestrowane jako zwłoki żołnierzy Armii Ludowej i następnie chowane na cmentarzu wojskowym w kwaterze Armii Ludowej.”5

Juliusz Kulesza, żołnierz powstania i jego kronikarz pisze wprost o „kłamstwie powązkowskim”, które porównuje z kłamstwem katyńskim. Według Kuleszy wiele zwłok pochowanych w kwaterach Armii Ludowej to ukradzione ciała akowców. Przytacza on też relację świadka, który opowiada, jak obywatelskie patrole pilnowały ciał ekshumowanych na Placu Krasińskich. Gdy wśród rodzin poległych rozeszła się wieść, że „przyjeżdżają jakieś ciężarówki, wykopują chłopaków i zabierają nie wiadomo dokąd”, mieszkańcy ustawili warty.

Zebraliśmy się: ja, żona i ile nas było z dalszej rodziny, i pilnowaliśmy grobu. Jak było gorąco, to się wzięło oranżadę, coś do jedzenia i tak się siedziało na zmianę pod krzakami przy ogrodzeniu. Akurat na mnie wypadło, jak podeszli z łopatami do mojego chłopaka. Wstałem i podchodzę do takiego oficerka, co miał może ze 25 lat. Mówię mu: „A co wy od tego grobu chcecie?”. A on na mnie od razu basem, że to są groby Armii Ludowej i żebym się nie wtrącał. To ja mu na to mówię: „Synku, ty na mnie głosu nie podnoś, bo jesteś naprzeciw mnie gówniarz. Ja jestem warszawski robotnik dłużej, niż ty żyjesz na świecie. A ten, co tu leży, był żołnierzem Armii Krajowej i moim synem, i będę się wtrącał, bo go nie dam nigdzie zabrać!”6.

Wymiana zdań trwała dłuższą chwilę. Napięcie rosło. Mężczyzna broniący ciała syna wpadł we wściekłość. „Co? Z Armii Ludowej? No dobra! To ty go się tu teraz zapytaj, gdzie on był? Jak ci odpowie, że w Armii Ludowej, to se go zabieraj, ale jak nic nie powie, to won od niego, gnoju!”. Zagroził, że postawi na nogi całą Warszawę i wszystkie fabryki i ostatecznie obronił zwłoki przed zawłaszczeniem. Widział jednak, jak wiele innych ciał trafiało na ciężarówkę, a stamtąd – wprost na kwatery AL. Po wysłuchaniu tej przerażającej historii Kulesza stwierdził, że dalsze poszukiwanie poległego kuzyna, którego zwłoki pragnął odnaleźć, nie ma sensu. „Leży do dziś jako jeden z nieznanych żołnierzy AL. Powojenna władza – we wrogości do AK – postanowiła sfałszować prawdę historyczną i statystyczną, a jednym z wielu sposobów było maksymalne zawyżanie liczby poległych.”

Dziś trudno jednoznacznie ustalić, czy podobne praktyki faktycznie miały miejsce i jaka była ich skala. Nie udało mi się dotrzeć do dokumentów archiwalnych, które jednoznacznie potwierdzałyby tezę, że instytucje związane z nowymi władzami z premedytacją i w sposób zorganizowany fałszowały tożsamość poległych. Nawet jednak, jeśli opowieści o porywaczach ciał miałyby okazać się przesadą lub wręcz legendą miejską – sam fakt ich istnienia i długoletniej żywotności mówi wiele o chaosie, niepewności i poczuciu osaczenia, jakie panowały w Warszawie w pierwszych miesiącach po powstaniu.

Można też sądzić, że współczesna legenda miejska o bezczeszczeniu czy porywaniu zwłok w Warszawie stanowią kontynuację tej starej opowieści (przeczytaj o zwłokach rzekomo znajdowanych na budowie II linii metra).

Bibliografia

1Ekshumacja zwłok – nakazem chwili, „Życie Warszawy” 19.03.1945.

2Zob.. Janina Osińska, Warszawa, maj 1945, „Tygodnik Powszechny”, nr 15, 1.07.1945.

3Leszek Cieliński, Na własnym grobie, „Kierunki” nr 37, 12.09.1976

4Dokument z Archiwów Polskiego Czerwonego Krzyża, Ekipa VII. Meldunek nr 5 z dnia 9.03.1945, cytuję za: Robert Bielecki, Żołnierze Powstania Warszawskiego…, s. 50.

5Maria Jagowd-Wolska, Warszawa wczesnym rokiem 1945, „Zwoje” 34 2003. Dostępne online: http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje34/indexp.html

6Juliusz Kulesza, Kłamstwo powązkowskie trwa już 65 lat, „Kombatant” 7-8 (34-35) 2010, s. 8.

Czytaj dalej

Jeden smutny, samotny komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.