Traktat o siekierze. Dlaczego „Wołyń” przegrywa z „Grą o tron”

historia w wołyniu SmarzowskiegoOdcięte głowy i ręce, płonące dzieci i okaleczane trupy… Masakra nie jest w „Wołyniu” szokującym ozdobnikiem. Jest kluczowym budulcem historii, którą opowiedzieć można było tylko siekierą. Krew, ogień, zboże i żelazo to cztery żywioły, z których zbudowany jest świat w nowym filmie Smarzowskiego. I taka opowieść o Wołyniu jest potrzebna.

Ale przecież makabry współczesnemu widzowi nie brakuje. W licytacji na tortury, okaleczanie i uśmiercanie bohaterów żadna opowieść historyczna nie ma szans z „Grą o tron”.

W oczywisty sposób bronią, którą Smarzowski mógł pokonać fikcyjną konkurencję, było przypomnienie widzowi, że to, co ogląda, jest realne…

Dlaczego potrzebujemy traktatu o siekierze

Polski czytelnik dostał ostatnio kilka mądrych i wieloaspektowych książek wyjaśniających dramatyczne przemiany zachodzące w tej części Europy – od Skrwawionych ziem Snydera po prace Ledera i Sowy. Wszystkie te narracje prowadzone są jednak z lotu ptaka, z punktu widzenia wielkich procesów społecznych, politycznych i ekonomicznych. Z tej perspektywy jednostki ludzkie jawią się najwyżej jako liczby w statystykach czy pionki na jakiejś gigantycznej szachownicy.

Tymczasem historia opowiedziana przez Smarzowskiego miała szansę pokazać, że „wydarzenia historyczne” dotykały konkretnych ludzi, że dokonywały się zawsze w mikrokosmosie uczuć, sympatii i antypatii, w świecie codziennych prac rolnych czy narzędzi, takich jak chociażby siekiera.

Niestety, właśnie w tym sprowadzeniu wielkiej historii na poziom materialności czy realności film Smarzowskiego zawodzi. Opowieść o siekierze ma sens tylko wtedy, jeżeli do mordowania zostanie ona wyciągnięta wprost z codziennego, ludzkiego świata. Bez tego festiwal masakry traci swój podstawowy sens, stając się zaledwie wyblakłą kopią „Gry o tron”.

Czego uczy nas siekiera?

We wstępie do książki Władza wyobraźni. Kto wymyśla, co zdarzyło się wczoraj? starałem się pokazać, w jaki sposób maczeta jako rekwizyt symbolizuje zindywidualizowany, emiczny punkt widzenia na tragedię w Rwandzie:

Maczeta to w Afryce subsaharyjskiej symbol codziennego trudu na roli. To niezwykle proste, wymagające znacznej siły fizycznej narzędzie skupia w sobie sens walki rolniczego porządku świata z napierającym zewsząd chaosem nieokiełznanej przyrody. Jak na ironię, w dawnej Rwandzie maczeta symbolizowała pokój i dobrobyt. Znane jest nawet przysłowie, mówiące: „gdzie panuje pokój, tam maczeta strzyże włosy”. Dziś maczeta, w wyobraźni człowieka Zachodu z daleka spoglądającego na Rwandę kojarzy się tylko z jednym. Jest przerażającym symbolem irracjonalnej krwawej erupcji nienawiści skierowanej przeciw sąsiadom. Maczetą współczesny Kain zabił swego brata1.

W przypisie do tego fragmentu sugerowałem, że w innych częściach świata inne narzędzia opowiadać mogą zaskakująco podobne historie, które także zasługują na to, by znaleźć swoje opowieści – narracje o przedmiotach, które stały się symbolami walki, oporu czy – przeciwnie – krwawego mordu.

No i doczekałem się. Wołyń Wojtka Smarzowskiego to filmowy traktat na temat siekiery, w którym dostrzegam zaskakująco wiele analogii do historii rwandyjskiej maczety.

Tak jak w Rwandzie siekiera jest u Smarzowskiego pokazana początkowo jako symboliczny element świata pokoju. Mamy nawet scenę obcinania włosów siekierą, która wydaje się dokładną ekranizacją przywołanego rwandyjskiego przysłowia. A jednak dla widza, który wie już, co się wkrótce wydarzy, siekiera na Wołyniu nigdy nie jest niewinna. Staje się zwiastunem nadciągającej katastrofy.

Zarówno w Rwandzie jak i na Wołyniu wykorzystana podczas masakry broń stanowi przerażająco wymowny dowód oskarżający o rzeź całe społeczeństwo, a nie jedynie poszczególnych katów. Rzeź Tutsi, choć stanowiła wynik narastającej latami propagandy nienawiści, miała w sobie coś z tropikalnej gorączki, która nagle ogarnęła umysły całej zbiorowości.

Siekiera jako ostrzeżenie

I taki też obraz znajdujemy u Smarzowskiego. Na ekranie widzimy ludzi rozstrzeliwanych, wieszanych, ginących od bomb, jednak rozumiemy, że to wszystko jedynie wstęp do prawdziwej katastrofy. Choć w „nieludzkich czasach”, o których opowiada film, ludzie zabijani są wszędzie wokół, to dokonująca się w wołyńskich wioskach rzeź ukazana zostaje jako horror wszystkich horrorów. W filmie jeden z niemieckich egzekutorów instruuje młodszego kolegę, by strzelał do Żydów z odległości co najmniej metra, bo inaczej krew zachlapie mu mundur. Ukraińskich oprawców nie dzieli od ich sąsiadów żadna przestrzeń, śmierci nie zapośrednicza tu technika ani biurokracja.

Opowieść poprowadzona „z punktu widzenia siekiery” pozwala nam skonfrontować się z uproszczoną wizją drugiej wojny światowej, którą zbyt łatwo chyba przyjmujemy za pewnik. Jest to wizja, której nauczyli nas Theodor W. Adorno, Erich Fromm czy Hannah Arendt: historia o mrocznych konsekwencjach nowoczesności, ucieczce od wolności, triumfie bezdusznej biurokracji. Nasz lęk przed masowym mordem, przed powrotem Zagłady, skierował się przeciw technologii, bezdusznej racjonalności. Symbolem ludobójstwa stały się oplatające Europę tory kolejowe, a jego twarzą – Adolf Eichmann, księgowy, który „tylko wykonywał rozkazy”.

Mahmood Mamdani zauważa, w jaki sposób historie maczet (i siekier) podważają tę uproszczoną wizję świata:

Technologia Zagłady umożliwiła niewielu zabicie wielu, gdy tymczasem maczetą operować musi konkretna para rąk. Wymaga to nie jednego, lecz wielu ciosów, by zabić choćby jedną osobę. Zabijanie przy użyciu maczety to ciężka praca. Dlatego też nierzadko trzeba było kilku katów do zamordowania jednej ofiary2.

I chociażby z tego powodu, dla przypomnienia, że masowe zbrodnie, także w XX i XXI wieku, mogą mieć różne oblicza, wydarzenia z Wołynia zasługują na opowieść „z punktu widzenia siekiery”.

Niestety, obraz Smarzowskiego nie wywiązuje się z tego zadania tak dobrze, jak można się było spodziewać, znając poprzednie filmy tego reżysera.

Nie płakałem po bohaterach

Bardzo mocnym elementem „Wołynia” jest gra z konwencją, która przyzwyczaja widza do tego, że bohater, którego mieliśmy okazję oglądać na ekranie dostatecznie długo, nie może zginąć „na próżno”. Śmierć bohatera jest w tradycyjnych schematach narracyjnych walutą drogocenną, którą nie szafuje się bez potrzeby. Może być puentą historii, ofiarą poniesioną w imię wartości lub dla ratowania innego bohatera, ewentualnie kluczowym zwrotem akcji.

W „Wołyniu” pierwszoplanowi bohaterowie giną nagle, bez celu, bez sensu, bez żadnego uprzedzenia. Tym silniej każda z tych śmierci powinna wstrząsnąć widzem.

Pod tym względem „Wołyń” nasunął mi skojarzenie z „Grą o tron”. Źródłem sukcesu tego serialu (a wcześniej powieści) jest właśnie zerwanie z regułą sensownych śmierci, które sprawia, że żaden bohater nie jest bezpieczny, a widz nigdy nie czuje się pewnie.

Smarzowski stosuje nawet podobne chwyty wizualne i narracyjne. Ale niestety bez tego samego efektu. Bo żebyśmy przeżyli śmierć bohatera, musimy go najpierw poznać. Spojrzeć na świat jego oczami.

Nie zapłakałem po żadnej z uśmierconych przez Smarzowskiego postaci nie dlatego, że jestem bezdusznym potworem, ale dlatego, że reżyser nie dał mi szansy poznać którejkolwiek z nich. Nie chciałbym tu robić krzywdzących porównań, bo jeśli chodzi o poziom warsztatowy „Wołyń” dzielą od „Smoleńska” lata świetlne, ale znów miałem przykre poczucie, że do czynienia mamy z pewną „pornografizacją” tematu.

Jeżeli po obejrzeniu filmu, nie potrafię wymienić żadnej cechy charakteru któregokolwiek z bohaterów (kto był pogodny, a kto uparty? kto był porywczy, a kto melancholijny?), to nie jest to opowieść o ludziach, lecz – znów – o „historii” czy „wielkich procesach społecznych”. Bohaterowie Smarzowskiego nie rozmawiają, lecz deklamują; nie mają osobowości, a jedynie ucieleśniają stereotypy i role społeczne, stając się figurami na dziejowej szachownicy.

I oczywiście można zrobić i taki film o Wołyniu, ale to nie jest już opowieść z punktu widzenia siekiery!

Żeby historia siekiery miała sens, musi zachować związek z osobistym doświadczeniem uczestników wydarzeń, którzy nie dostrzegają wielkich konfliktów i procesów społecznych, bo żyją w mikrokosmosie ograniczonym do kilku wsi, chłopów bogatych i biednych, być może najbliższego miasta.

Oczywiście dramat polega na tym, że to właśnie te wielkie procesy prowadzą do masakry. Ale pomiędzy komunizmem, faszyzmem, nacjonalizmem, państwami i ich interesami a działaniami konkretnych ludzi w konkretnych wsiach pośredniczy zawsze lokalna wyobraźnia – codzienność składająca się z rzeczywistych ludzi i rzeczywistych przedmiotów.

I tego komponentu w filmie zabrakło. Okazji do tego było wiele. Gdzieś w tle migały i barwne ludowe obrzędy, i kalendarz prac polowych, i nawet historie miłosne, ale bez bohaterów to wszystko nie miało głębszego sensu.

Zabrakło punktu widzenia, z którym widz mógłby się utożsamić, ścieżki wejścia w ten świat.

Ucieczka od Realnego

Reakcją na horror jest nie tylko odwrócenie wzroku, lecz przede wszystkim zaprzeczenie: to się nie dzieje, to tylko fikcja. Zadaniem tego, kto pisze traktat o siekierze, jest nie pozwolić na ten gest oddzielenia.

Krwawa makabra jest nieodzowną częścią opowieści o siekierze, którą uważam za tak potrzebną. Ale żeby spełniła swoją funkcję, musi podkreślać jeden kluczowy element: to wydarzyło się naprawdę. Reakcją na horror jest nie tylko odwrócenie wzroku, lecz przede wszystkim zaprzeczenie: to się nie dzieje, to tylko fikcja. Zadaniem tego, kto pisze traktat o siekierze, jest nie pozwolić na ten gest oddzielenia.

Ucieczka przez makabrą nie byłaby tak łatwa, gdyby wcześniej Smarzowski pozwolił nam wejść do przedstawionego świata, zadomowić się z nim. Tymczasem siekiera Smarzowskiego została wyciągnięta z jakiegoś dziwnego, tekturowego skansenu skleconego z ludowych przyśpiewek i politycznych deklaracji, zlepionego naprędce hektolitrami gorzałki.

W filmie Smarzowskiego siekiera staje się zaledwie rekwizytem. Przez to tragiczna historia Wołynia staje się na ekranie mniej prawdziwa od fikcji. Oglądając „Wołyń” miałem poczucie postępującego odrealnienia. Z rosnącą obojętnością przyjmowałem kolejne coraz bardziej makabryczne śmierci. A w starciu na samą tylko potworność „Wołyń” nie ma szans z „Grą o tron”. Bo fikcja zawsze przelicytuje rzeczywistość w wyścigu na grozę.

 


 

1Marcin Napiórkowski, Władza wyobraźni. Kto wymyśla, co zdarzyło się wczoraj?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2014.

2Mahmood Mamdani, When Victims Become Killers: Colonialism, nativism, and the genocide in Rwanda, Princeton University Press, Princeton 2001, s. 5.

Czytaj dalej

Sporo komentarzy

  1. „Jeżeli po obejrzeniu filmu, nie potrafię wymienić żadnej cechy charakteru któregokolwiek z bohaterów (kto był pogodny, a kto uparty? kto był porywczy, a kto melancholijny?), to nie jest to opowieść o ludziach, lecz – znów – o „historii” czy „wielkich procesach społecznych”. ”
    GENIALNE.
    Dlaczego nie zwróciłam na to uwagi??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.