Fantazje o reprywatyzacji przemocy. Czy świat stał się bardziej niebezpieczny?

Przemoc
Świat jeszcze nigdy nie był tak bezpieczny! Z każdą kolejną dekadą przemoc spychana jest coraz skuteczniej na margines rzeczywistości, wypierana z kolejnych domen naszego życia. Szansa, że zginiesz gwałtowną śmiercią w wyniku aktu przemocy, jest dziś mniejsza niż kiedykolwiek w dziejach.

To nie akapit z powieści science fiction ani reklama Volvo, lecz wniosek z analizy danych dotyczących między innymi międzypaństwowych i wewnątrzpaństwowych konfliktów zbrojnych, przestępczości, przemocy w rodzinie itd.

A jednak nastrój wokół nas wcale nie jest optymistyczny. Ludzie zamieszkujący świat bezpieczniejszy niż kiedykolwiek dotychczas i to w dodatku najspokojniejszą jego część, mają coraz częściej poczucie, że żyją na tonącej wysepce pośrodku bezkresnego oceanu mordów, gwałtów i grabieży. Odpowiedzią na taki stan rzeczy jest, według rosnącej rzeszy wyborców, „wzięcie sprawy we własne ręce”. O takim świecie opowiada w USA Donald Trump, a w Europie coraz liczniejsze partie prawicowe. Analogiczny obraz wyłania się z analizy zjawisk tak (na pozór) różnych jak kult „żołnierzy wyklętych”, tworzenie formacji obrony terytorialnej czy fotografowanie się z bronią w ramach akcji #JestemChrześcijaninem. To właśnie tytułowe fantazje o reprywatyzacji przemocy.

Czy naprawdę jest tak dobrze?

Teza o „najbezpieczniejszym ze światów” zyskała sporą popularność przy okazji premiery książki Stevena Pinkera pt. Zmierzch przemocy. Pinker nie jest tu, oczywiście, żadnym źródłem objawionym. Jego koncepcja nie jest nawet specjalnie nowa: sam autor Zmierzchu przemocy powołuje się m.in. na Norberta Eliasa i jego Proces cywilizacji. Podobny pogląd o stopniowym wypieraniu przemocy głosił już Immanuel Kant (Pomysły do ujęcia historii powszechnej w aspekcie światowym), stąd tego rodzaju optymistyczny model zmian w świecie nazywa się czasem w filozofii politycznej Kantowskim w odróżnieniu od Hobbesowskiego (wojna wszystkich przeciw wszystkim).

No dobrze, powiecie. Ale fakt, że o czymś pisał Kant, wcale nie oznacza, że to musi być prawda. Czy zatem naprawdę żyjemy w najbezpieczniejszym ze światów?

Książka Pinkera spotkała się z krytyką ze strony wielu badaczy. Zarzuty dotyczyły dwóch zasadniczych spraw: przeszacowania współczynników przemocy w najbardziej pierwotnych społeczeństwach zbieracko-łowieckich oraz niedoszacowania jej skali w XX i XXI wieku. O ile pierwszy z zarzutów trudno jednoznacznie zweryfikować (wielu antropologów i archeologów wskazuje na zasadniczo pokojowy charakter wielu znanych nam pierwotnych społeczności), o tyle analiza większości danych (także tych nieuwzględnianych przez Pinkera) pokazuje, że faktycznie mamy do czynienia z radykalnym spadkiem przemocy i to w skali globalnej. Metaanaliza opublikowana przez jeden kanadyjskich uniwersytetów w ramach Human Security Report Project potwierdza najważniejsze spostrzeżenia Pinkera w tym zakresie1.

Owszem, zdarzają się lokalnie anomalie jak przemoc związana z przestępczością zorganizowaną w Ameryce Środkowej i Południowej czy strefy chaosu w Rogu Afryki i na Bliskim Wschodzie. Mimo tego w skali globalnej na świecie jest mniej przemocy niż kiedykolwiek dotychczas. A tzw. „świat Zachodu” w ogóle prezentuje się na tym tle jak idylla.

Dlaczego jest tak dobrze?

Badacze zajmujący się problematyką wskazują na wiele współdziałających ze sobą przyczyn. Wśród najważniejszych wymienia się zwykle:

  1. Zwiększenie wrażliwości na przemoc (ten punkt jest wyjątkowo ważny, bo mówi o tym, że w wielu miejscach świata radykalnie zmniejszyła się nie tylko szansa bycia zamordowanym, lecz także pobitym, uwięzionym, ubezwłasnowolnionym czy nawet obrażonym).

  2. Proces emancypacji i przyznawania praw kolejnym uciskanym wcześniej grupom, których prawa do życia bez przemocy dawniej nie uznawano.

  3. Cywilizacja obyczajów (teza Norberta Eliasa – kolejne formy brutalności wypierane są z repertuaru uznanych form ekspresji).

  4. Szok po II wojnie światowej, obawa przed wojną nuklearną (te obawy decydują o większej powściągliwości i nastaniu po roku 1945 okresu nieco na wyrost nazywanego przez badaczy „długim pokojem”).

Chciałbym tu jednak postawić tezę, że wszystkie te przyczyny byłby niemożliwe bez jednej, najważniejszej.

Upaństwowienie przemocy

Czytając ten nagłówek, nie pomyśleliście o niczym dobrym, prawda? Upaństwowienie przemocy kojarzy nam się z reżimami totalitarnymi i najgorszymi zbrodniami XX wieku. Wiele wskazuje jednak na to, że w tym przypadku instytucję państwa traktujemy naprawdę niesprawiedliwie!

To właśnie monopol na przemoc, wskazywany przynajmniej od czasów Maxa Webera jako najważniejsza prerogatywa nowoczesnego państwa, okazuje najważniejszym czynnikiem zmiany. Państwowy monopol na przemoc jest sekretnym składnikiem, który umożliwił zwiększenie wrażliwości, emancypację, cywilizację, a nawet – paradoksalnie – odpowiada za „długi pokój” po II wojnie światowej!

Nowoczesne państwo narodowe, niczym starotestamentalny Jahwe, bywa okrutne i brutalne, przede wszystkim jest jednak bogiem zazdrosnym. Konsekwentnie eliminuje więc wszelkie przejawy przemocy, które łamią jego wyłączne prawo do dyscyplinowania, karania, rozkazywania itp.

Przyjrzyjmy się chociażby zamieszczonemu w książce Pinkera wykresowi dotyczącemu spadku liczby morderstw:

Zrzut ekranu 2016-10-25 o 11.01.29Oczywiście z dokładnością zebranych danych można polemizować, sam mechanizm wydaje się jednak czytelny. Stopniowo coraz sprawniejsze instytucje władzy (dziś należące niemal wyłącznie do państw) eliminują „nielegalną konkurencję”. Bo tylko państwu wolno zabijać.

Na przestrzeni dekad państwo odbierało obywatelom kolejne bastiony przemocy. Zabrania niewolnictwa (czasem zwanego dla niepoznaki np. pańszczyzną), odbiera prawo do posiadania broni, zakazuje pojedynków, bicia żon i dzieci… Formy przemocy dawniej dozwolone czy akceptowane zostają zakazane. Państwo przemocą zabrania przemocy!

Równolegle dokonuje się jednak drugi proces. Państwo, tak zazdrośnie strzegące monopolu na przemoc, samo także ulega cywilizacji. Brutalne kaźnie-widowiska z obcinaniem palców, pręgierzami zostają wyparte przez kary coraz mniej spektakularne. Państwowa przemoc biurokratyzuje się, wyzbywa agresji… Proces ten znamy doskonale dzięki pracy Michela Foucaulta.

Współcześnie coraz więcej państw otwarcie odżegnuje się od wszelkiej retoryki przemocowej. We Władzy wyobraźni starałem się wręcz pokazać, że nowoczesne społeczeństwa (i państwa!) bardziej boją się wygrania wojny niż jej przegrania. Zwycięstwo oparte na pognębieniu (czy wręcz uśmierceniu) wrogów jest bowiem trudne do pogodzenia z dominującym w retoryce państwowej dyskursem pacyfistycznym. (Nie znaczy to, oczywiście, że od tej reguły nie ma wciąż licznych wyjątków!)

Spójrzcie tylko na ten wykres przedstawiający czas, przez jaki najpotężniejsze państwa świata walczyły między sobą w poszczególnych okresach historii:

WojnyŹródło: Our World in Data2

„Zaraz, zaraz!” – powiecie może – „a totalitaryzmy, a wojny światowe?” Jasne. Państwowa przemoc w dwudziestym wieku była straszliwa. Być może jednak horror nie wynikał z upaństwowienia przemocy aż w takim stopniu, w jakim przyzwyczailiśmy się sądzić.

O prywatyzacji przemocy jako ważnym składniku totalitaryzmu pisał już wiele lat temu Jan Tomasz Gross. W podobny sposób można czytać także Czarną ziemię Snydera. To, co na makropoziomie wydaje się doskonale funkcjonującą, bezosobową machiną państwową, widziane z dołu może okazać się strefą chaosu, z której słabe państwo wycofuje się, pozwalając na powrót na rozplenienie się przemocy prywatnej.

Skoro jest tak dobrze, to czemu widzę wokół tyle przemocy?

W tym samym roku, w którym Pinker opublikował swoją książkę, Martin Dempsey, szef Połączonych Sztabów USA stwierdził, że „świat stał się bardziej niebezpieczny, niż kiedykolwiek dotychczas”. Gdybyśmy zasięgnęli języka na ulicy w Warszawie, Nowym Jorku, Londynie, a więc w miejscach, które wedle wszelkich danych stanowią niespotykane w historii oazy pokoju, usłyszelibyśmy raczej głos Dempseya niż Pinkera. W świecie bezpieczniejszym niż kiedykolwiek dotychczas panuje coraz powszechniejsze poczucie brutalizacji, zagrożenia, upadku porządku…

Jak to możliwe, że w świecie lepszym i bezpieczniejszym niż kiedykolwiek dotychczas, widzimy przemoc praktycznie na każdym kroku?

1. Efekt skali

Choć świat stał się bezpieczniejszy, to w liczbach bezwzględnych przemoc wciąż prezentuje się przerażająco. Weźmy jednak pod uwagę zmianę populacji świata, która przedstawia się z grubsza tak:
Populacja świataŹródło: wykres z Wikimedia Commons sporządzony na podstawie danych http://www.census.gov/ipc/www/worldhis.html

Przy uwzględnieniu efektu skali okazuje się, że nawet horrory drugiej wojny światowej nie przedstawiają na wykresie globalnej przemocy gigantycznych pików, jakich moglibyśmy się spodziewać…

2. Zwiększenie wrażliwości

Widzimy więcej przemocy wokół nas nie dlatego, że jest jej więcej, ale dlatego, że poprawił nam się wzrok. Akty przemocy – te straszliwe i te codzienne – cały czas tam były. Tyle, że dziesięć, pięćdziesiąt czy sto lat temu nikomu nie przeszkadzały. I to powinno być dla nas naprawdę przerażające…

3. Medialność przemocy

Przemoc jest ważna. Przemocy nie można ignorować. (No i dobrze się sprzedaje.) Dlatego akty przemocy (zwłaszcza te spektakularne) łatwo przedostają się na pierwsze strony gazet, gdzie – co oczywiste – nie znajdziemy wiadomości o tym, że kogoś nie zamordowano, nie pobito albo nie zgwałcono. Przemoc widać. Jej brak trudno przedstawić i dostrzec.

4. Spektakularyzacja rzeczywistej przemocy

Medialność przemocy i zwiększenie naszej wrażliwości prowadzi do wytworzenia specjalnego rodzaju przemocy, która celowo realizowana jest w ten sposób, by przykuć uwagę jak najszerszej publiczności. W ten sposób działa nowoczesny terroryzm.

(Co ciekawe, spektakularyzacja przemocy wypełnia miejsce zwolnione po tym, jak państwo zrezygnowało ze spektakularnych forma kaźni!)

5. Kulturowe fantazje o przemocy

Jednak medialność przemocy prowadzi także do stworzenia innego rodzaju spektaklu, opartego nie na nagłośnieniu rzeczywistych aktów przemocy, lecz na stworzeniu tekstów, obrazów czy widowisk ukazujących fikcyjną, fantazmatyczną przemoc.

Porównajcie tylko stare dobre kryminały Arthura Conan Doyle’a czy Agaty Christie ze współczesnymi krwawymi jatkami ze Skandynawii. A przecież są jeszcze „te straszliwe gry komputerowe”, nie wspominając już o kinie:

Przemoc w kinie. Czy kino jest coraz brutalniejsze?Źródło: http://www.randalolson.com/2013/12/31/violence-has-been-on-the-rise-in-the-film-industry/

Wiele wskazuje jednak na to, że tego rodzaju fantazje przemocowe stanowią raczej reakcję na zmniejszenie się liczby aktów przemocy faktycznie doświadczanej przez ich odbiorców niż na brutalizację świata. Dość nieprzekonujące w makroskali wydają się także teorie sugerujące odwrotną relację: ukazujące korelację między brutalizacją kina czy literatury a wzrostem przemocy.

Z interesującego nas tu punktu widzenia fantazje o przemocy są więc raczej formą odreagowania braku niż symptomem brutalizacji świata. Co nie znaczy, że nie mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne!

Fantazje o reprywatyzacji przemocy

Właściwie cały ten obszerny wstęp służył przedstawieniu konkretnego zjawiska, na którego trop wpadłem ostatnio, a które wydaje mi się szczególnie ważne i dość niedoceniane. Chodzi mianowicie o specyficzny rodzaj fantazji przemocowych, które określić można mianem fantazji o reprywatyzacji przemocy.

Od Donalda Trumpa, przez Marine Le Pen, aż po polską prawicę i dalej na wschód rozciąga się zaskakująco spójny front fantazmatyczny. Mimo drobnych różnic w estetyce i argumentacji, nietrudno w wypowiedziach polityków, dziennikarzy, działaczy społecznych i „zwykłych ludzi” w całym niemal zachodnim świecie odnaleźć powracający wątek, jakim jest poczucie zagrożenia i konieczności obrony przez wzięcie spraw we własne ręce.

Żródło: facebook.com/IamAChristianPL

Spróbujmy odrzucić uprzedzenia etyczne i estetyczne i zrozumieć logikę, która stoi za tymi fantazmatycznymi obrazami. Składają się na nią trzy podstawowe elementy: poczucie zagrożenia, pragnienie odzyskania kontroli i nieufność wobec państwa.

1. Poczucie zagrożenia

Świat opisywany przez Trumpa i Putina czy przez Mariana Kowalskiego (kandydował na prezydenta, dziś promuje powszechny dostęp do broni) to świat, w którym przemocy jest więcej niż kiedykolwiek dotąd. Słusznie więc niemal wszystkie diagnozy wskazują na współczesny populizm jako formę zarządzania zbiorowymi lękami. Zbyt rzadko jednak chyba zadajemy sobie pytanie o rzeczywistę strukturę tych lęków ukrytą pod konkretnymi figurami obcych (taką pracę analityczną wykonał ostatnio np. Jan Sowa na łamach Dwutygodnika3).

Czy nie jest czasem tak, że świat ukazany w ramach akcji #JestemChrześcijaninem opiera się dokładnie na przedstawionym wyżej paradoksie? W dość bezpiecznym globalnie świecie ludzie zamieszkujący jego najbezpieczniejszą część, narażeni na przemoc mniej niż kiedykolwiek dotychczas, mają głębokie poczucie zagrożenia czy wręcz bycia ofiarami przemocy.

Dlatego, że przemoc widzą internecie i w kinie? Że terroryści umiejętnie manipulują ich emocjami? Ale może czasem także dlatego, że państwo faktycznie przemocą ogranicza ich wolność do przemocy. „Co to za świat, w którym nie można już uderzyć żony ani dziecka? Niedługo zabronią nawet bicia psa…” „Gdzie się podziały dawne czasy, gdy sprawy honoru rozstrzygało się przez pojedynki?” „Chcą, żebyśmy byli słabi, zniewieściali, razem z bronią odbierają nam godność…”

2. Pragnienie odzyskania kontroli

Fantazja o samoobronie może być odczytana jako odpowiedź na poczucie utraty kontroli nad własnym życiem. Pragnienie reprywatyzacji przemocy, powtórnego odebrania państwu monopolu na bronienie, karanie, wymierzane sprawiedliwości, nie jest niczym nowym. Niemal cała ikonografia Ku Klux Klanu zbudowana jest na tego rodzaju pozowaniu z bronią sygnalizującym gotowość do ataku uznawanego za obronę. Do tej samej grupy zaliczyć można zjawisko linczu i jego ikonograficznych przedstawień, tak często ukazujących obok ofiar postaci katów (czy: „wymierzających sprawiedliwość”), dumnie uśmiechających się do obiektywu…

 

3. Zwrot przeciw państwu

W imaginarium akcji #JestemChrześcijaninem obok religijnych, niezwykle ważną rolę pełnią symbole patriotyczne. Na zdjęciach pełno jest biało-czerwonych flag, kotwic Polski Walczącej czy żołnierzy wyklętych (z wielu powodów świetnych kandydatów na patronów fantazji o reprywatyzacji przemocy!). Sami organizatorzy akcji chętnie określają kwestię zdobycia pozwolenia na broń mianem „obywatelskiego obowiązku”. Niech jednak nie zwiedzie nas ta retoryka!

Broń - obowiązekŹródło: trybun.org

Jeżeli główna linia argumentacji przedstawiona w tym artykule ma w sobie choć odrobinę prawdy, to właśnie państwo stanowi (nieuświadamiany?) przedmiot ataku nowych fantazji o przemocy. To państwo, monopolizując przemoc, „odebrało ludziom prawo do samoobrony”. Skoro tak jest, to cały szeroki front fantazji o reprywatyzacji przemocy ma charakter głęboko antypaństwowy! To chyba najistotniejszy wniosek z całej proponowanej tu (w wersji szkicowej) analizy.

Jest to łatwiejsze do zaobserwowania w USA, gdzie slogan „Make America great again” daje się połączyć z podawaną explicite opowieścią o osłabieniu państwa w wielu sektorach.

Równie prawdziwa diagnoza ta okazuje się jednak w Polsce, mimo faktu udrapowania naszych fantazji o reprywatyzacji przemocy w biało-czerwone barwy. Głęboką nieufnością wobec państwa podszyty jest cały szeroki front praktyk i fantazmatów rozciągający się od kultu żołnierzy wyklętych, przez formacje obrony terytorialnych i walkę o prawo do broni aż po pojawiające się coraz częściej akty przemocy na tle etnicznym. Ostatnio niezwykle jednoznacznie i celnie diagnoza ta postawiona została w liście przedstawicieli NSZZ Policjantów z Katowic, którzy ubolewali, że organy państwa biorą w obronę kibiców a nie funkcjonariuszy.

Być może największy błąd popełniają zatem krytycy populizmu. Czy przypadkiem łącząc wyobrażenie faszyzmu z silnym państwem narodowym zbyt łatwo nie zwracamy się przeciw państwu, niechcący osłabiając swego najważniejszego sojusznika?

Co będzie dalej?

Ważne, żeby powiedzieć to wprost. Opisywany przez Pinkera i innych spadek przemocy nie jest jakimś odkrytym właśnie prawem przyrody. Nie jest tak, że niezależnie od tego, co będziemy robić, czeka nas w przyszłości pacyfistyczna sielanka.

Być może jesteśmy właśnie w skali globalnej świadkami jakiegoś punktu przełomowego. Momentu, w którym bezprecedensowy spadek przemocy związany z jej monopolizacją przez państwo padnie ofiarą własnego sukcesu.

Fantazje o reprywatyzacji przemocy są niebezpieczne nie dlatego, że nie oddają rzeczywistego kształtu teraźniejszości, ale dlatego, że – stając się samospłeniającymi proroctwami – mogą z przerażającą dokładnością wyznaczyć naszą przyszłość. Świat, w którym przemoc ulegnie ponownej prywatyzacji, faktycznie będzie światem, w którym każdy musi bronić się sam.

* * *

Wiem, że trudne sprawy są trudne i proste diagnozy rzadko się wobec tego sprawdzają. Rozumiem doskonale, że nietrudno wyobrazić sobie sytuacje, w których państwo staje się sojusznikiem przemocy. Niemniej jednak warto uważnie przyjrzeć się obecnym wokół nas fantazjom o reprywatyzacji przemocy i dokładnie zbadać ich strukturę. (Co zamierzam dalej robić. Jak tylko znajdę coś ciekawego – będę meldował na bieżąco.)

 

2Max Roser (2016) – ‘War and Peace over the Long Run’. Published online at OurWorldInData.org. Retrieved from: https://ourworldindata.org/war-and-peace-long-run/ [Online Resource]

3Jan Sowa, Ostatnia dekada: Populizm i populofobia, http://www.dwutygodnik.com/artykul/6786-ostatnia-dekada-populizm-i-populofobia.html

Czytaj dalej

6 Comments

  1. wątek, którego w analizie bardzo mi brakuje: neoliberalna prywatyzacja indywidualnego „safety” przy rezygnacji z publicznego/społecznego „security”.

  2. Ten tekst to polityczna agitka podparta statystykami w celu nadania wrażenia powagi. Próba opisu tak złożonych procesów tak prostymi statystykami i wnioskowaniem to ogromna arogancja i buta.

  3. „Jest to łatwiejsze do zaobserwowania w USA, gdzie slogan „Make America great again” daje się połączyć z podawaną explicite opowieścią o osłabieniu państwa w wielu sektorach”

    Bo jakby nie patrzeć „America” wcale nie musi oznaczać państwa, nie ma znaku równości między słowem „państwo” (jako administracja, system państwowy, władza, regulacja) a słowem „kraj” (jako, w rzeczywistości współczesnych państw, obszar zamieszkiwany przez dany naród). Gdyby państwo X zostało zbrojnie zajęte przez państwo Y, to struktury państwa X przestałby istnieć, państwa X by nie było. Istniałby jednak naród X i kraj X w strukturach Y. Więc jak widać, by mówić o kraju czy narodzie (Polska-Polacy, Ameryka-Amerykanie) struktury państwowe wcale nie są konieczne, w ogóle mogą nie istnieć. Gdyby w Afryce istniała silna świadomość narodowa, to Somalijczycy (którzy pewnie mimo wszystko mieli silniejszą świadomość etniczno-plemienną/klanową niż narodową) dalej byliby Somalijczykami mimo upadku rządu centralnego. Tak samo postawa antypaństwowa niekoniecznie jest postawą antypatriotyczną, ba… w sytuacji w której „państwo” ludziom się nie podoba, walka z władzą często ubiera się w szatę patriotycznej, walki o prawdziwą ojczyznę, o prawdziwe narodowe wartości. Spiskowcy przeciw Hitlerowi nie mówili, że są antynazistami (bo nie byli, byli zadeklarowanymi nazistami), ale mówili, że są patriotami, którzy muszą walczyć z wypaczającym narodowy socjalizm Hitlerem. Nawet niektóre lewicowe bojówki potrafiły przyjmować retorykę walki patriotycznej.

    W każdym razie zmierzam do tego, że wycofanie się państwa z jakiegoś sektora życia niekoniecznie prowadzi do osłabienia „kraju”. Są empiryczne i ekonomiczne dowody, że często jest odwrotnie.

    Posiadanie broni w USA było w XIX wieku zarówno anty-państwowe jak i patriotyczne, bo była to wartość republikańska, dająca mandat demokracji ludowi. Dziś ta argumentacja traci na sile, ale w XIX wieku to uzbrojona masa była gwarantem pewnego ogólnego bezpieczeństwa i przede wszystkim praworządności, bo rząd- czy to stanowy, czy federalny- nie mógł zrobić „co mu się podoba”, bo zbyt niepopularna decyzja skończyłaby się krwawą jatką, na tym fundamencie jest zbudowany amerykański republikanizm (nie w znaczeniu partii, ale ustroju), dlatego w USA posiadanie broni jest ważną tradycją i odbieranie jej traktowane jest przez wielu bardzo emocjonalnie, nawet jeżeli dziś colt i karabin nie dają republikańskiego mandatu zbrojnej kontroli władzy, bo państwo wyposażyło się w broń zdolną rozbić rednecką rebelię w kilka minut (pytanie jakie by miało to skutki społeczne i polityczne, czy nie niosłoby eskalacji?), W USA rewolwer Colta i karabin Winchestera to symbole formowania się ustroju i nawet jeżeli dziś są zastąpione przez pistolet Glocka i karabinek AR-15, są dla Amerykanów bardzo ważne i bardzo źle się czują gdy ktoś im chce odebrać zakodowaną od początku istnienia ich państwa podstawę ustrojową. USA jest zbudowane na pewnej dystrybucji przemocy od góry do dołu, od struktur federalnych, przez zorganizowane jednostki policji metropolitalnej, po lokalnych szeryfów, którzy nie są policjantami jakich znamy z Europy (są dużo bardziej autonomiczni w stosunku do struktur policyjnych niż u nas dzielnicowy, chociażby sami kupują własne wyposażenie, co jest bardzo znamienne). W ogóle struktury policyjne w USA są bardziej sprywatyzowane niż w Europie i nawet na poziomie jednostek specjalnych policji dużo jest indywidualizmu. Oczywiście ważnym czynnikiem jest też rozdrobnienie legislacyjne spowodowane ustrojem federalnym. W każdym razie, nie jest możliwe proste przyrównanie amerykańskiego republikanizmu do europejskich demokracji pod względem dystrybucji przemocy, jej znaczenia i historii, są to zupełnie inne światy, szukanie tych samych mechanizmów w retoryce Trumpa i LePene jest dość karkołomne właśnie głównie ze względu na zupełnie inną tradycję republiki francuskiej i republiki amerykańskiej. Trump nie tyle jest śladem jakichś nowych zjawisk i retoryk, co uosabia wprost Amerykę, jest tak amerykański jak tylko można być amerykańskim, po prostu ludzie zmęczeni próbą wtłoczenia ich w ramy europejskie, wrócili do tego co zawsze uważali za swoje, za tradycję ich narodu i kraju, która stworzyła ich państwo.
    Oczywiście Marian Kowalski i trochę innych zwolenników broni w Polsce chce wtłaczać nas w ramy amerykańskie i to też się nie uda. Promowanie broni, żeby było skuteczne, musiałoby w Polsce wskazywać, że broń to fajna zabawa i rekreacja (czym jest w istocie, nie ma co się bać broni), wtedy jest duża szansa na popularyzację broni palnej, argumenty samoobronowe i polityczne w Europie nie zadziałają, chyba że kryzys pogłębi się tak, że cała Europa stanie się przeskalowanym odpowiednikiem przemysłowego Detroit po kryzysie roku 2007, wtedy posiadanie broni owszem stanie się niemal niezbędne do przeżycia (nie radzę zapuszczać się do Detroit bez broni, gangsterzy ją mają, więc i tak masz małe szanse, ale troszkę większe jak jednak jesteś stosownie uzbrojony), ale na razie straszenie takim obrotem spraw nie tylko jest science fiction, ale po prostu też nie trafia do zbiorowej wyobraźni.

    Jeszcze jedną sprawą jest, że twierdzenie o spadku przemocy jest dość… durne, ze względu na brak danych dotyczących przeszłości. Wiem jak dostępne są statystyki na przykład dotyczące XVI wieku- no prawie nie są, rozproszone dokumenty, niepełne wzmianki itd, a to nawet w kwestii przemocy instytucjonalnej (chodzi konkretnie o wyroki śmierci), a już dostępu do statystyk dotyczących przemocy poza instytucją, a nawet skali wojen są raczej oparte o mieszankę legend i przekazów, a nie o jakiekolwiek pewne dane. Porównywanie tego do współczesnych rozbudowanych statystyk itd to wróżenie z fusów i nie wiem na jakiej podstawie ktoś stwierdza, że np w XVII wieku narażenie na przemoc było większe niż współcześnie i to jeszcze w skali całego świata. Teza wydaje się zupełnie bezsensowna, albo chociaż nie do zweryfikowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.